
– Denny, mówiłem ci, że niczego nie zapominam. Pamiętasz te wieczory w Attice, kiedy się przechwalałeś, ile skoków zrobiłeś i czemu cię nie złapali? Wystarczy, że wykonam anonimowy telefon do glin i nigdy więcej nie dostarczysz żadnej marnej kanapki. Nie zmuszaj mnie do walki z przestępczością, koleś.
Adler zastanowił się, przypomniał sobie wszystko i przeklął własny długi język. Znowu pomacał kopertę i pomyślał o Neeve Kearny. Dostarczał zamówienia do jej sklepu już prawie od roku. Dawniej recepcjonistka kazała mu zostawiać torby na dole, ale teraz szedł prosto do prywatnego gabinetu. Nawet jeśli Kearny rozmawiała przez telefon, zawsze uśmiechała się i machała do niego, prawdziwy uśmiech, a nie ten snobistyczny grymas, jakim obdarzała go większość klientów. Zawsze mu mówiła, jak wspaniale wszystko smakowało.
No i była fajną laską.
Wzruszeniem ramion odpędził sentymenty. Miał robotę do wykonania. Charley nie doniesie na niego glinom, obaj o tym wiedzieli. Denny był zbyt niebezpieczny, odkąd wiedział o kontrakcie. Odmowa oznaczała, że nigdy nie wróciłby żywy do miasta.
Schował pieniądze do kieszeni.
– To już lepiej – uznał kumpel. – Jakie masz godziny pracy w delikatesach?
– Od dziewiątej do szóstej. Poniedziałki wolne.
– Ona wychodzi do pracy między siódmą trzydzieści a ósmą. Pokręć się pod domem. Sklep zamykają o szóstej trzydzieści. Pamiętaj, nie ma pośpiechu. To nie może wyglądać na celowy zamach.
Duży Charley włączył silnik i ruszył z powrotem do Nowego Jorku. Ponownie zapadł w zwykłe milczenie, przerywane tylko sapaniem i stękaniem. Denny’ego pożerała ciekawość. Kiedy skręcili z West Side Highway i wjechali w Siedemdziesiątą Piątą, zapytał:
– Charley, nie wiesz, kto zlecił tę robotę? Ona nie wygląda na taką, co wchodzi komuś w drogę. Sepetti wyszedł z pierdla. Chyba ma dobrą pamięć.
Zobaczył gniewny błysk w oczach tamtego. Gardłowy głos brzmiał teraz wyraźnie, słowa padały z impetem kamiennej lawiny.
