
– Sprawdzałem księgi i ten sukinsyn podbierał forsę z kasy. Potrzebuję ciebie.
Denny zaklął w duchu. Ale głupio by zrobił odmawiając.
– Przyjdę – obiecał nadąsany.
Odwiesił słuchawkę i pomyślał o Neeve Kearny, o uśmiechu, jakim go obdarzyła poprzedniego dnia, kiedy dostarczył lunch, o jej kruczoczarnych włosach otaczających twarz, o piersiach rysujących się pod modnym sweterkiem. Duży Charley mówił, że w poniedziałkowe popołudnia jeździła na Siódmą Aleję. To znaczy, że nie ma sensu łapać jej po pracy. Może i lepiej. Denny miał plany na poniedziałkowy wieczór w związku z kelnerką z baru naprzeciwko i nie chciał tego odwoływać.
Odwrócił się i ruszył wilgotnym, cuchnącym uryną korytarzem do swojego pokoju, myśląc: poniedziałek to twój szczęśliwy dzień, Kearny.
Szczęśliwy dzień, jeden dzień spóźnienia na cmentarz.
Poniedziałkowe popołudnia Neeve spędzała zwykle na Siódmej Alei. Uwielbiała barwny harmider dzielnicy odzieżowej, zatłoczone chodniki, ciężarówki dostawcze zaparkowane w podwójnych rzędach na wąskich uliczkach, zwinnych chłopców manipulujących w tłoku stojakami z odzieżą, ogólne wrażenie pośpiechu, ani chwili do stracenia.
Zaczęła tam przychodzić z matką, kiedy miała jakieś osiem lat. Wbrew żartobliwym sprzeciwom Mylesa Renata wzięła posadę na pół etatu w sklepie odzieżowym przy Siedemdziesiątej Drugiej, tylko dwie przecznice od ich mieszkania. Wkrótce podstarzała właścicielka przekazała jej zadanie zaopatrywania sklepu. Neeve wciąż widziała we wspomnieniach Renatę odmownie kręcącą głową, kiedy nadgorliwy projektant próbował ją przekonać, żeby zmieniła zdanie.
– Kiedy kobieta usiądzie w tej sukience, tył podjedzie jej do góry na plecach – odpowiadała matka z włoskim akcentem, który za każdym razem w chwilach podniecenia dźwięczał w jej głosie. – Kobieta powinna ubrać się, sprawdzić w lustrze, czy oczko jej nie poleciało w pończosze i czy nie wystaje halka, a potem zapomnieć, co ma na sobie. Ubranie musi leżeć jak druga skóra. – Wymawiała to „zkóóra”.
