— Stajecie się kompletnie beztroscy — powiedział strofująco Morrison. — Nie możecie tutaj kierować tym sprzętem tak, jak na Ziemi. Z jaką prędkością jechaliście?

— Piętnaście kilometrów na godzinę — odpowiedział główny kierowca.

— I ja mam w to uwierzyć? — spytał z przekąsem Morrison.

— Ależ to prawda! Droga przed nami tak jakby opadła…

— Taaa… — skonstatował dyrektor. — Kiedy wreszcie dotrze do waszych pustych czaszek, chłopaki, że nie jesteście na autostradzie do Indianapolis? Obcinam wam po pół dniówki.

Odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Na pewno byli teraz na niego wściekli. Ale to dobrze, bo uczucie irytacji powinno odwrócić ich uwagę od tego, co działo się na planecie.

Właśnie ruszał w stronę Góry Bez Imienia, gdy radiooperator wychylił się ze swojego baraku i zawołał:

— To do ciebie, Morrie! Ziemia.

Morrison wziął słuchawkę. Mimo pełnego wzmocnienia ledwie był w stanie rozpoznać głos pana Shotwella, prezesa rady nadzorczej koncernu Stal Pozaziemska. Shotwell pytał:

— Co was wstrzymuje?

— Wypadki — odrzekł Morrison.

— Kolejne wypadki?

— Obawiam się, że tak, sir.

W słuchawce przez chwilę panowała cisza. W końcu Shotwell zadał pytanie:

— Ale dlaczego, Morrison? To przecież jedna z najłatwiejszych planet w naszym wykazie robót. Czy nie jest tak?

— Tak, sir — potwierdził bezwiednie Morrison. — Mieliśmy tu jednak serię pechowych wydarzeń. Ale poradzimy sobie.

— Mam nadzieję — stwierdził Shotwell. — Chciałbym mieć pewność, że tak będzie. Siedzicie tam już prawie miesiąc i nie zbudowaliście jeszcze żadnego miasta, kosmoportu ani nawet autostrady! Pojawiły się już pierwsze ogłoszenia i reklamy.

Ludzie pytają nas o szczegóły. Wielu chce się osiedlić na tej planecie, Morrison! Przedsiębiorstwa komercyjne i usługowe chcą tam założyć swoje przedstawicielstwa.



2 из 21