
— Wiem o tym, sir.
— Z pewnością. Jednak do tego potrzebna jest zagospodarowana planeta, osadnicy zaś domagają się ustalenia definitywnej daty przeprowadzki. Jeśli my nie będziemy w stanie tego zrobić, uczyni to General Construction albo koncern Ziemia-Mars, albo Johnson i Hearn. Planety nie są aż tak rzadkim towarem. Rozumie pan to, prawda?
Od czasu gdy zaczęły się wypadki, nastrój Morrisona był mocno zwarzony. Teraz nagle eksplodował:
— Czego, do diabła, pan chce ode mnie?! — krzyknął. — Czy uważa pan, że coś zmyślam?! Może pan wziąć ten swój zawszony kontrakt i wsadzić go…
— No, dobrze już, dobrze — powiedział pośpiesznie pan Shotwell. — Nie miałem na myśli nic osobistego, Morrison. Wierzymy, wiemy, że jest pan najlepszy w dziedzinie konstrukcji planetarnych. Jednak akcjonariusze…
— Zrobię, co w mojej mocy — odpowiedział Morrison i odłożył słuchawkę.
— Ostro, ostro — wymamrotał radiooperator. — A może akcjonariusze zechcieliby zjawić się tutaj ze swoimi malutkimi szpadelkami?
— Zapomnij o tym — odrzekł Morrison i wybiegł z baraku.
Lerner czekał na niego w Punkcie Kontrolnym Able, patrząc ponuro na masyw góry. Była wyższa niż ziemski Mount Everest, a śnieg w wyższych partiach zbocza połyskiwał różowawo, odbijając przedwieczorne światło słońca. Ta góra nigdy nie została nazwana.
— Czy założyliście już wszystkie ładunki? — zapytał Morrison.
— To potrwa jeszcze kilka godzin — odrzekł z wahaniem Lerner, niewysoki, ostrożny, siwiejący człowiek. Oprócz tego, że pełnił funkcję zastępcy Morrisona, zajmował się też amatorsko ekologią. — To najwyższa góra na planecie — dodał. — Czy nie mógłbyś jej zachować?
— Nie ma takiej możliwości. To miejsce ma kluczowe znaczenie. Właśnie tutaj ma powstać port oceaniczny.
Lerner skinął głową i obrzucił górę wzrokiem pełnym żalu.
