
— Więc opowiedz im znów — odezwał się Morrison — o wspaniałym rezerwacie, który pozostawiliśmy specjalnie dla nich. Zamierzamy ich karmić, ubierać, uczyć…
Od tyłu cicho podszedł Dengue.
— Zamierzamy zadziwić ich naszą szczodrością — oznajmił. — Każdemu mężczyźnie podarujemy zegarek, parę butów i wydany przez rząd katalog nasion. Każdej kobiecie szminkę do ust, mydło i zestaw prawdziwych bawełnianych firanek. Każdej wsi — dworzec kolejowy, sklep firmowy oraz…
— Teraz przeszkadzasz w pracy — przerwał mu Morrison. — I to przy świadkach.
Dengue znał reguły gry.
— Przepraszam, staruszku — powiedział, po czym wycofał się.
— Mówią, że zmienili zdanie — stwierdził tłumacz. — By wyrazić rzecz idiomatycznie, oznajmiają, że mamy wycofać się do krainy demonów na niebie albo zniszczą nas za pomocą swej potężnej magii. Ich święte bębny układają już przekleństwo na nas, duchy zaś już się zbierają.
Morrison spojrzał na dzikusów z politowaniem. Coś takiego zdarzało się z reguły na każdej planecie, na której mieszkała jakaś populacja tubylców. Zawsze pojawiały się bezmyślne groźby, wypowiadane przez barbarzyński lud o absurdalnie rozdętym poczuciu własnych możliwości, nie mający żadnego pojęcia o ogromnej sile techniki. Znał aż nadto dobrze tych prymitywnych humanoidów. Wielkie samochwały, potężni pogromcy mieszkających w okolicy licznych gatunków królików i myszy. Od czasu do czasu kilkudziesięciu z nich mogło uwziąć się na jakiegoś starego bizona, zamęczając go kompletnie przez zmuszanie do ciągłego galopu. Dopiero wtedy odważali się podejść dostatecznie blisko, by wydusić zeń życie zmasowanymi uderzeniami grotów swoich tępych włóczni.
A jaką fetę urządzali, gdy im się to wreszcie udawało! Za jakich uważali się bohaterów!
— Powiedz im, żeby zabierali się stąd w diabły — rzekł Morrison. — Powiedz, że jeśli zbliżą się do obozu, będą mogli zobaczyć trochę magii, która naprawdę działa.
