
Morrison wstał gwałtownie i wyszedł z namiotu, a za nim Lerner. Czuł w tej chwili, że wręcz warto byłoby rąbnąć Dengue’a w twarz i rzucić w diabły tę całą intratną posadę. Nie mógł jednak tego zrobić, ponieważ o to właśnie chodziło temu facetowi; w tym celu został wynajęty.
Morrison zadawał sobie także w duchu pytanie, czy byłby tak zdenerwowany, gdyby w tym, co mówił Dengue, nie znajdowało się ziarno prawdy?
— Ci tubylcy wciąż czekają — oznajmił Lerner, doganiając go.
— Nie chcę się z nimi teraz widzieć — odparł Morrison. Jednak z dużej odległości, z monumentalnych górskich zboczy docierał do niego odgłos bębnów i piszczałek. Był to kolejny fakt, który budził niepokój jego ludzi. — No dobrze — zgodził się w końcu.
Przy Północnej Bramie, w pobliżu tłumacza pracującego na użytek ludzi z obozu, stało trzech tubylców. Należeli oni do humanoidalnej rasy i byli nagimi, chudymi dzikusami z epoki kamienia łupanego.
— Czego chcą? — spytał Morrison.
— Cóż, panie Morrison, rzecz sprowadza się do tego, że zmienili zdanie — oznajmił tłumacz. — Chcą swoją planetę z powrotem i mają zamiar zwrócić wszystkie prezenty, które od nas dostali.
Morrison westchnął. Nie czuł się na siłach wytłumaczyć im, że Zlecenie 35 nie było „ich” ani w ogóle „czyjąkolwiek” planetą. Ziemia nie jest tu niczyją własnością, może być zaledwie przez kogoś zajmowana. W tym wypadku działało prawo bezwzględnej konieczności. Ta planeta w większym stopniu należała do kilku milionów ziemskich osadników, którzy mogli zrobić z niej jakiś użytek, niż do kilkuset tysięcy dzikusów, których hordy od czasu do czasu przemierzały jej powierzchnię. W każdym razie taki punkt widzenia panował w tej chwili na Ziemi.
