
Gabriel zamarł przestraszony, ale zaraz się uspokoił.
Czekała na nich liczna grupa krewnych z Lipowej Alei i Voldenowie. Byli też z nimi Heike i Dominik, którym Nataniel przedstawił Gabriela, swego kuzyna i ze strony ojca, i ze strony matki. Wędrowiec, który przyszedł razem z tamtymi, przyprowadził jakąś tajemniczą postać, która na pierwszy rzut oka bardzo chłopca przestraszyła. Ale tylko na moment, bo smok, ta ledwo dostrzegalna fantastyczna figura, nieustannie nad nimi krążąca, dodała mu odwagi. Teraz umiał już sobie wyobrazić, że przeżywa to wszystko w przyjaznym świecie snu. Z uśmiechem spojrzał w górę na przypominającą smoka postać, która w odpowiedzi skinęła mu porozumiewawczo głową.
– Dokąd pójdziemy teraz? – zapytał swego towarzysza. Od jakiegoś czasu już uważał Ulvhedina za sojusznika i traktował jak starego znajomego. To spora odwaga jak na małego chłopca, który po raz pierwszy w życiu spotkał wszystkie duchy przodków Ludzi Lodu.
– Skierujemy się do tamtego przejścia wśród skał, naprawdę nie ma się czego bać – powiedział Ulvhedin obdarzając chłopca spojrzeniem, które mówiło, że podziwia jego odwagę.
Usłyszeli wołanie Nataniela, biegnącego pospiesznie na spotkanie dwojga obcych ludzi, przyprowadzonych tu przez dwa duchy kobiece.
– Ellen – mówił Nataniel z taką miłością w głosie, że Gabriel poczuł ciepło koło serca. Oczekiwał, że Nataniel obejmie i uściśnie przybyłą, on jednak tego nie zrobił. Ujął tylko jej dłoń i nieprawdopodobnie długo trzymał ją w swoich rękach. I on, i Ellen mieli dziwnie błyszczące oczy.
Gabriel wzroku nie mógł oderwać od dwóch pięknych kobiet, które przyprowadziły nowo przybyłych. Dida i Villemo, wyjaśnił Ulvhedin.
Z największą uwagą chłopiec wpatrywał się w Didę, tak pełną godności, że niemal wyniosłą. Zdawało się, że pochodzi z epoki tak odległej, iż zwykłemu człowiekowi po prostu trudno to pojąć.
