
Odwróciła się.
Przy drzwiach stał Heike, jej opiekun z grona zmarłych przodków.
– Ubierz się ciepło, Benedikte. Czeka cię dziś w nocy daleka droga.
Przeniknął ją dreszcz. Czy to…?
– Nie, twoje życie jeszcze nie dobiegło końca – uśmiechnął się serdecznie. – Ale Gand wzywa nas wszystkich.
Skinęła głową z właściwą sobie godnością.
– Zaraz będę gotowa. Czy wszyscy z mojego domu pójdą na spotkanie?
– Zarówno twój syn, Andre, jak i Mali pochodzą z Ludzi Lodu, wiesz przecież. A zostali wezwani wszyscy z naszego rodu. Wszyscy żyjący. A także wielu, bardzo wielu innych. Jak to powiedziała Dida, granica pomiędzy żywymi i umarłymi przestanie tej nocy istnieć.
– A Sander?
Heike posmutniał.
– Nie. On nie. On nie był z naszej krwi.
– Tak, rozumiem. Zresztą to może lepiej. Tak się zestarzałam. Wiesz, czekaliśmy na to, ale kiedy nareszcie przychodzi co do czego, człowieka ogarnia lęk – rzekła zakłopotana.
– Tak to bywa, niestety. Wyjdź, kiedy się przygotujesz.
Gdy Heike opuścił pokój, Benedikte zaczęła w pośpiechu szukać odpowiedniego ubrania. Chciała ładnie wyglądać tej nocy, ale musiała też włożyć coś ciepłego. Czy ta perłowoszara sukienka byłaby odpowiednia? Chyba tak.
Już gotowa, otulona w swoje piękne futro, sTaran-nie uczesana, zeszła do hallu.
Andre i Mali siedzieli w salonie, w świetnych humorach, jak to czasem bywa w taki wiosenny wieczór, kiedy człowiekowi nie chce się iść spać, wszyscy siedzą, choć od czasu do czasu ktoś upomina: „No, czas najwyższy kłaść się do łóżek”. Bardzo miły nastrój, trzeba powiedzieć.
Nagle ktoś stanął na ich pięknym perskim dywanie.
Oboje zerwali się na równe nogi. Andre przyglądał się przystojnemu panu ze stulecia, gdy mężczyźni ubierali się naprawdę bardzo po męsku.
– Dominik? – wykrztusił zdumiony.
Gość ukłonił się z łobuzerskim uśmiechem.
– To rzeczywiście ja! W nadchodzącym czasie mam być pomocnikiem Mali, jestem tutaj po to, by was zabrać na spotkanie wszystkich córek i synów Ludzi Lodu.
