– Tak właśnie było – szlochała Mari.

Gand spojrzał na strażników bramy.

– To jedynie zewnętrzny pancerz, pod którym kryje się głęboka wrażliwość i niepewność. Uważam, że Mari właśnie teraz odsłoniła przed nami swoją prawdziwą naturę. Przepuśćcie ją!

Miecze uniosły się w górę. Mari otarła oczy i pociągając nosem ukłoniła się strażnikom z wdzięcznością.

Wszyscy znaleźli się teraz w „drugim świecie”.

– Krajobraz nie jest ten sam – powiedziała Tova zdziwiona. – Przedtem rozciągała się tu rozległa dolina. A wszystko, co było dalej, przesłaniała mgła. We mgle zaś czaił się szary ludek.

– Szarego ludku teraz nie ma – wyjaśnił Gand. – I wcale też nie znajdujemy się w miejscu, które widziałaś przedtem.

Tym razem szli przez górzystą okolicę, rozległą, zdawało się – nieskończoną. Długo wędrowali drogą wijącą się niebezpiecznie wąskimi zakosami, karawana istot żywych i zmarłych dawno temu, choć wszyscy zdawali się być sobie równi. Z wyjątkiem może dwojga, którzy jednak różnili się od reszty: Dida pełna godności i jakby przezroczysta oraz Gand, który kroczył na czele i prowadził wszystkich.

Szli w milczeniu, z coraz większą, ale skrywaną ciekawością, aż dotarli do pięknej doliny. Przez cały czas słyszeli jakieś stłumione dudnienie, coraz silniejsze i coraz bliższe. Za każdym razem, gdy się rozlegało, niebo rozjaśniało się płomiennie, jakby gdzieś daleko wybuchał wulkan.

Zatrzymali się.

Pośrodku doliny sterczała w ziemi połyskliwa skała, wysoka, w kształcie stożka, jakby wypchnięta z wnętrza ziemi przez jakiś potężny wstrząs tektoniczny.

Najmłodsi w grupie starali się szukać bliskości rodziców.

Drogę przez dolinę przecinała wysoka skalna ściana. Czarne kamienne schody wiodły do kolejnej bramy, otwartej na oścież. Było to wejście do wnętrza góry.

Wyżej, na skalnym występie ponad wejściem, zobaczyli kilka budzących grozę postaci.



23 из 212