
Tova zagryzła wargi, przełknęła nieprzyjazne słowa i starała się, by jej głos brzmiał łagodnie, a wszyscy prócz Mari widzieli, że przychodzi jej to z wielkim trudem.
– Wybacz mi, Mari. Nie chciałam być niegrzeczna. Ale może jednak powinniśmy już iść dalej, Gand? Żeby znowu nie natknąć się na coś nieprzyjemnego.
O Boże, jak trudno wymówić imię Ganda bez skurczu serca!
– Nie, nie, teraz już nic nam nie grozi – uśmiechnął się Gand nieznośnie spokojny i niewzruszony. Dlaczego on nigdy nie reaguje na jej obecność?
I rzeczywiście, było tak, jak powiedział: stwory przy bramie podniosły się z miejsc i łagodnymi, powolnymi ruchami opuściły swoje lśniące miecze. Kłaniały się głęboko przechodzącej przez bramę procesji. Najgłębiej kłaniały się, oczywiście, Gandowi, to widzieli wszyscy.
Gabriel sądził, że przejdą bez przeszkód, ale gdy w bramie stanęła Mari, doszło do krótkiej wymiany zdań. Owe podobne do pająków istoty skrzyżowały miecze i zagrodziły jej drogę. Stwierdziły, że postawa Mari nie jest zadowalająca. Ich głosy brzmiały ostro i skrzekliwie. Mari odnosi się do spotkania negatywnie, nie uważa, że przeżywa coś pięknego i wyjątkowego.
Innymi słowy, Mari utraciła zdolność przeżywania przygody.
Mari znowu zaczęła płakać i tłumaczyła, że dopiero teraz naprawdę rozumie, co to znaczy pochodzić z Ludzi Lodu. Czy nie mogłaby mimo wszystko iść z nimi? Zwracała się z błaganiem przede wszystkim do Ganda.
Dzieci niepokoiły się o matkę i wstawiały się za nią. Najmłodsze bały się głównie tego, że Mari musiałaby wracać sama pustą drogą w gęstej, zimnej mgle. A co by było, gdyby zabłądziła?
Gand spoglądał na nią łagodnie.
– To bardzo źle, Mari, gdy człowiek traci dziecięcą zdolność przeżywania. Byłaś kiedyś łagodną i wrażliwą dziewczyną. Czy postarałaś się tego wyzbyć po to, by łatwiej znosić rozczarowania i ból, jakich człowiek doznaje na zimnym świecie?
