
Odnosiło się wrażenie, że są ze sobą bardzo szczęśliwi.
Villemo odczuła ukłucie w sercu i odszukała wzrokiem Dominika. Nie było to trudne. Gdy wszyscy przekrzykiwali się nawzajem, tak że nie sposób było zrozumieć słowa, Villemo i Dominik patrzyli sobie w oczy.
Nic się nie zmieniło, nie, wprost przeciwnie. Listy, z czasem coraz gorętsze, rozpalały to, co powinno było umrzeć cichą; niezauważoną śmiercią.
Dyskretne chrząknięcie Irmelin przywołało ich do rzeczywistości.
Villemo jednak znowu nie dawała spokoju uparta myśl: Będę go mieć! Nie teraz, bo obiecałam mamie i ojcu i on też obiecał swoim rodzicom. Muszę jednak coś wymyślić…
Nie, nie wolno mi. Nie mogę lekceważyć wszystkich. Zresztą Dominik sam chce dotrzymać słowa. A jemu nie mogę się przeciwstawić.
Jedyne, na co jeszcze mogę czekać, to prawdziwy, pełen czułości uścisk na pożegnanie. Obejmę go w obecności tylu widzów i przytulę do siebie na krótką chwilę. Przekażę mu całą moją miłość.
Tylko to mi pozostało. Dalej w przyszłość nie mam odwagi spojrzeć.
Mimo wojennej pory wesele było wspaniałe i trwało trzy dni. Trzy szczęśliwe dni w Gabrielshus, gdy wszyscy odłożyli na bok kłopoty i rozkoszowali się spotkaniem z całą rodziną.
Jedynie czworo młodych nie umiało odłożyć na później swoich zmartwień. Nosili je zbyt głęboko w sercach. Choć starali się nie spotykać sam na sam, to żadnego z nich nie opuszczała dręcząca świadomość, że obiekt beznadziejnych marzeń znajduje się pod tym samym dachem, i zdawało się jedynie kwestią czasu, kiedy któreś zbuntuje się przeciwko zakazom. Villemo jednak wszystko odkładała do pożegnania. Wtedy weźmie sprawy w swoje ręce!
