
Ze wzruszeniem przyglądała się obojgu młodym. Jak dobrze rozumiała ich problemy!
Cofnęła się myślami w przeszłość, do pewnego wieczora niedaleko cmentarza w Grastensholm. Jak łatwo uległa pokusie i znalazła się w ramionach młodego pastora! Tylko dlatego, że był podobny do Alexandra, którego nie mogła mieć…
A ci młodzi… Ich głęboka miłość… Mają się teraz spotkać z ukochanymi po długiej rozłące.
Cecylia skuliła się wewnętrznie. Odniosła wrażenie, że przesunął się nad nią cień Tengela Złego.
Nikt nie wiedział, że flota duńska opuściła Oresund i popłynęła na północny wschód, by tam spotkać szwedzkie okręty. Wiadomości nie rozchodziły się tak szybko, odległości były znaczne, a plany operacji wojennych utrzymywano w tajemnicy. Rodzina żyła więc w nadziei, że wesele odbędzie się w spokoju i potem wszyscy zdążą wrócić do domów. O pośpiechu nie było mowy. Szwecja i Dania kłócą się nieustannie, nie ma się czym przejmować.
Wkrótce do Gabrielshus zjechała cała norweska gałąź rodu. Cecylia od kilku dni trwała na posterunku przy oknie i zobaczyła ich pierwsza.
– Jadą! Już tu są! – wołała podniecona i dumna, że to ona przynosi radosną nowinę.
Wszyscy rzucili się na spotkanie gości. Specjalnie wysłani do Kopenhagi służący spotkali Norwegów w porcie i eskortowali do Gabrielshus.
Villemo wysiadła z powozu ostatnia. Szła z pochyloną głową, nie miała odwagi spojrzeć przed siebie, bała się, że nie zdoła opanować wzruszenia. Przeżywała wszystko jak w transie, jakby jakaś mgła przesłaniała jej oczy, nie pozwalała widzieć wyraźnie, ba, nawet myśleć jasno.
Babcia Cecylia chwyciła ją w objęcia i Villemo z zaskoczeniem stwierdziła, jaka ta zawsze wysoka i postawna pani zrobiła się maleńka i krucha. Choć pewnie Villemo sama też od ostatniego spotkania trochę urosła.
Irmelin… Obejmując przyjaciółkę, spojrzała nad jej ramieniem na wspaniały różany ogród, lecz wszystko zdawało się rozmyte jak w zmatowiałym lusterku. Jak dobrze spotkać znowu przyjaciół z dzieciństwa!
