
– Jim, może byśmy przyciągnęli tu parę pni – powiedział,. wkładając kapelusz. – Nie zdążymy ich dzisiaj porąbać, ale chociaż będą przygotowane. Gałęzie są bardzo dobre na ognisko, ale porządne gotowanie wymaga porządnego ognia.
– Wcale nie musicie… – zaczęła Lisa.- Ja mogę…
– Te cholerne kłody blokują szlak – przerwał jej Jim. Chwycił ciężką siekierę jedną ręką i ruszył do swojego konia. – Boss Mac zedrze z nas skórę, jeżeli jakiś koń potknie się przez nie i okuleje.
– Pani tylko zrobi nam przysługę, gdy pani je spali – dodał Lassiter stanowczo, wkładając nogę w strzemię.
– Dziękuję – powiedziała Lisa, patrząc kolejno na obu mężczyzn. – Trochę drzewa mi się przyda. – Ale gdy zaczęli już się oddalać, coś sobie nagle przypomniała. – Tylko uważajcie, żeby nie brać niczego z ogrodzonego terenu! – W końcu przecież po to tu była. Miała chronić wszystko, co znajdowało się za ogrodzeniem, przed działalnością ludzką, aby łąka powoli mogła wracać do swego pierwotnego stanu.
– Ma się rozumieć. – Lassiter podniósł rękę uspakajającym gestem.
Nie potrzebowali oddalać się więcej niż kilkadziesiąt metrów, aby znaleźć pnie, których szukali -niezbyt grube sosny, zwalone kiedyś i leżące tak od paru lat. Zaczęli szykować kłody do transportu, a ich głosy słychać było wyraźnie w górskiej ciszy. Lisa gotowała, słuchając ich rozmowy, i uśmiechała się od czasu do czasu, kiedy szczególnie oporny pień wywoływał barwne komentarze.
