
– I wtedy on powiedział tej rudej, że jak chce, żeby ją ktoś podwiózł, to powinna wyjść na drogę i złapać okazję. – Lassiter roześmiał się i mówił dalej: – Była tak wściekła, że na chwilę ją zatkało. Pewnie myślała, że kilka nocy z szefem zaprowadzi ją do ołtarza. – Przez chwilę słychać było tylko stuk siekier odrąbujących gałęzie. – W końcu rudej wróciła mowa. Rany! W życiu nie słyszałem takiego słownictwa.
– Widziałeś tę, co się teraz na niego zasadziła? – spytał Jim.
Stęknął z wysiłku, wbijając ciężką siekierę w kłodę i robiąc nacięcie, które przytrzyma linę, kiedy będą ciągnęli pień do obozu. Lassiter umocował linę, a następnie wskoczył na siodło i okręcił ją kilka razy wokół łęku. Lekko trącił konia piętami i ten ruszył powoli w stronę chatki.
– No jak, widziałeś ją? – powtórzył Jim, również dosiadając konia i zastanawiając się, jak też wygląda ostatnia kandydatka do łóżka szefa.
– Jasne. – Lassiter zagwizdał na mak podziwu. – Wielkie czarne oczy jak u sarny. Czarne włosy do bioder, a te biodra pełne i miękkie. O Jezu! Mówię ci, Jim, nie mam faceta, który nie chciałby się wspiąć na to siodło.
– Diabła tam, nie znasz – burknął Jim. – A co z Bossem Macem?
– Och, nie mówię o tym, żeby się z taką żenić – odparł Lassiter. – Tatuś ci tego nie wytłumaczył?
Trzeba być głupim, żeby żenić się z koniem tylko dlatego, że przyjemnie jest pojeździć tam i z powrotem. Spójrz na mnie.
– Właśnie patrzę i myślę, że większość kobiet wolałaby raczej konia.
