
Lisa nie mogła powstrzymać śmiechu, a oni zdali sobie sprawę, że tę rozmowę było świetnie słychać w obozie. Kiedy pojawili się z powrotem, mieli wyraźnie zakłopotane miny.
– Przepraszamy, panno Liso – mruknął Jim. – Nie mówilibyśmy takich rzeczy, gdybyśmy wiedzieli, że pani słucha.
– Nic się nie stało – powiedziała pośpiesznie. – Naprawdę. W Afryce często siadywaliśmy wokół ogniska i rozmawialiśmy o Ibrahimie, jego czterech żonach i ośmiu nałożnicach. I nikt nie czuł się zawstydzony.
– Cztery żony? – spytał Jim.
– Osiem nałożnic? – nie dowierzał Lassiter.
– Czyli razem dwanaście – dodała Lisa, śmiejąc się.
– Rany! Tam muszą być fest chłopy, prawda? – powiedział Lassiter tonem pełnym podziwu.
– Głupi – mruknął Jim. – Po prostu głupi.
– Bogaci – wyjaśniła Lisa wesoło. – Wy Wypasacie bydło, Ibrahim owce, ale tak naprawdę wszędzie jest tak samo. Zawsze silny, głupi, bogaty mężczyzna może mieć tyle pięknych i głupich kobiet, ile będzie mógł ich sobie kupić.
Lassiter odrzucił głowę do tyłu i śmiał się na całe gardło.
– Ale niech pani nie myśli, że szef jest głupi. O, nie!
– To święta prawda – dodał Jim z przekonaniem.
– Boss Mac wcale nie bierze się za te wszystkie dziewczyny, które za nim łaźą. Założę się, że nie będzie nic robił z tą, która czeka na niego na rancho, tylko da jej kopniaka w ten wynajmowany za dużą forsę tyłek. Przepraszam panią – dodał, oblewając się rumieńcem. – Zapomniałem się. Ale to prawda, Boss Mac to dobry człowiek i byłby szczęśliwy, gdyby jego tata przestał podsyłać mu te używane klaczki.
– Nie byłbym taki pewien, jeżeli chodzi o tę ostatnią – wtrącił Lassiter z trochę lubieżnym uśmiechem. – Wcale nie będę zdziwiony, jeśli ją sobie zatrzyma. Jeżeli nie z innego powodu, to chociażby dlatego, że potrzebuje jakiejś panny na tańce, w przeciwnym razie wszystkie dziewuchy w promieniu trzystu kilometrów zlecą się do niego jak muchy do świeżego… ee, miodu.
