Lisa uśmiechnęła się smutno. Wiedziała, jak to jest, kiedy człowiek nie zgadza się ze swoimi bliskimi w sprawie małżeństwa. Jej rodzice chcieli, żeby wyszła za mąż za kogoś takiego jak oni, za naukowca z żyłką do szukania przygód. Dlatego właśnie wysłali ją do USA i poprosili starego przyjaciela, profesora Thompsona, żeby znalazł dla niej odpowiedniego narzeczonego. Przyjechała tutaj chętnie, ale nie po to, by znaleźć męża. Chciała zobaczyć, czy mogłaby zadomowić się w Stanach, czy znalazłaby tutaj lekarstwo na niepokój, który tlił się w jej sercu i palił jak gorączka w snach…

– Akurat zbliża się pora obiadu – powiedziała. – Może napoicie wasze konie, a ja w tym czasie rozpalę ogień.

Lassiter i Jim jak na komendę ruszyli do koni, ale zamiast odprowadzić je do strumyka, odwiązali worki, które mieli przytroczone do siodeł.

– Żona mówi, że pani na pewno ma już dość tego chleba z bekonem i fasolą – odezwał się Jim, wyciągając swój worek. – Dla odmiany przesyła pani trochę ciastek i innych rzeczy.

Zanim zdążyła się odezwać, Lassiter podał jej dwa wypchane worki.

– Kucharz powiedział, że nie da rady zużyć wszystkich zapasów, zanim się zepsują. Wyświadczy nam pani przysługę, biorąc to,od nas.

Zamrugała oczami, żeby pozbyć się czegoś piekącego pod powiekami, i podziękowała im. Świadomość, że hojność spotyka się w każdym zakątku świata, była dla niej pokrzepiająca.

Mężczyźni poili konie, a Lisa tymczasem dorzuciła do ognia częsc swego kurczącego się już zapasu drewna, szybko zagniotła ciasto i sprawdziła zawartość poczerniałego od sadzy czajnika, który służył za dzbanek do kawy. Ku jej radości, w workach był też spory zapas kawy, a oprócz tego świeże i suszone owoce, mąka, wołowina, ryż, sól, olej i inne rzeczy, którym nie zdążyła jeszcze się przyjrzeć. To wszystko było dla niej prawdziwym skarbem, gdyż przybyła do Ameryki, nie mając prawie pieniędzy. Rodzice zazwyczaj wydawali to, co pozostało z przeznaczonych na badania funduszy, na pomoc dla rozpaczliwie biednych tubylców. Zaś praca na Łące McCalla dawała zaledwie dach nad. głową, niewielką, ściśle określoną sumę na utrzymanie i wynagrodzenie tak małe, że właściwie powinno być nazwane kieszonkowym.



7 из 119