Kiedy zdecydowała się na pracę na Łące McCa1la przez całe to krótkie, gorące lato, nie zdawała sobie sprawy, że będzie musiała aż tyle wydać na jedzenie ze skromnego budżetu, jakim dysponowała. Ale z drugiej strony nie przypuszczała, że kowboje pracujący u McCalla będą tak częstymi gośćmi na jej łące. Od czasu kiedy spotkała ich po raz pierwszy przed dziesięcioma dniami, przyjeżdżali niemal codziennie, zaklinając się, że u nikogo nie jedli tak dobrego chleba ze smażonym bekonem jak u niej.

Niższy z kowbojów zdjął kapelusz i pomachał nim na powitanie. Lisa odpowiedziała na to pozdrowienie, rozpoznając Lassitera, najważniejszego z pracowników Bossa Maca, jak nazywano właściciela rancha. Jego towarzysz miał na imię Jim.

– Dzień dobry, panno Liso – powiedział Lassiter, zsiadając z konia. – Co tam słychać u nasion? Jeszcze nie wydostały się przez ogrodzenie i nie uleciały w siną dal?

Lisa uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. Od chwili kiedy powiedziała mu, że jej zadaniem jest obserwacja, jak różne trawy wyrastają z nasion na tej wielkiej, ogrodzonej łące, dowcipkował na ten temat bezustannie.

– Jeszcze nie zginęło mi nawet ziarenko – odpowiedziała z poważną miną. – Ale to może dlatego, że byłam bardzo ostrożna, tak jak pan mi radził. Pilnowałam ich zwłaszcza w porach, kiedy księżyc był w pełni. W takich chwilach różne dziwne rzeczy mają ochotę fruwać.

Lassiter słyszał w słowach Lisy dokładne echo swoich własnych, mówionych z kamienną twarzą przestróg, i wiedział, że dziewczyna stroi sobie z niego żarty. Zaśmiał się i uderzył się kapeluszem po udzie, wzbijając mały obłoczek kurzu prawie tak siwego jak jego włosy.

– Rzeczywiście tak bywa. Dobrze się pani spisała. Kiedy Boss Mac wróci z Houston, nie znajdzie ani jednego zaginionego nasionka. Na razie jest wściekły jak diabli, bo przez tych parę tygodni jego tatuś zadbał, żeby bez przerwy. oblegało go mnóstwo chciwych klaczek.



6 из 119