
— Tylko medal. Budżet nie jest niewyczerpany.
Powiedzieli, że nieważkość może powodować dezorientację, zwłaszcza u dzieci, u których wyczucie kierunku nie jest jeszcze całkiem pewne. Ender jednak był zdezorientowany, zanim jeszcze opuścił strefę ziemskiej grawitacji. Zanim prom rozpoczął procedurę startową.
W grupie było wraz z nim dziewiętnastu chłopców. Razem wyszli z autobusu i ustawili się w windzie. Rozmawiali, żartowali, przechwalali się i wybuchali śmiechem. Ender milczał. Dostrzegł, że Graff i pozostali oficerowie przyglądają się im uważnie. Analizują. Wszystko, co robimy, ma znaczenie, pojął Ender.To, że oni się śmieją. A ja nie.
Przez chwilę rozważał pomysł zachowywania się tak, jak pozostali. Tyle że nie mógł sobie przypomnieć żadnego kawału, a opowiadane przez innych nie wydawały mu się śmieszne. Jakikolwiek był powód wesołości tych chłopców, nie było w niej miejsca dla Endera. Bał się, a lęk wywoływał powagę.
Ubrali go w mundur, jednoczęściowy. Czuł się głupio bez paska zapiętego w talii. W tym stroju miał wrażenie, że jest nagi albo okryty workiem. Ciągle pracowały telewizyjne kamery, przycupnięte niby jakieś zwierzaki na ramionach otaczających ich ludzi. Ci ludzie poruszali się wolno i zwinnie jak koty, żeby przekaz płynął bez szarpnięć. Ender zauważył, że sam także porusza się płynnie.
Wyobraził sobie, że udziela wywiadu. Dziennikarz pyta go: Jak się pan czuje, panie Wiggin? Właściwie zupełnie dobrze, jestem tylko trochę głodny. Głodny? Ach, tak, nie dają wam jeść dwadzieścia godzin przed startem. To interesujące. Nie wiedziałem. Szczerze mówiąc, wszyscy jesteśmy głodni. I przez cały czas Ender i reporter szliby płynnie przed obiektywami kamer. Po raz pierwszy miał ochotę się roześmiać. Inni chłopcy też się właśnie śmiali, choć z innych powodów. Myślą, że to ich dowcipy, pomyślał Ender. Ale ja się śmieję z czegoś o wiele bardziej zabawnego.
