
Zadzwonił dzwonek. Wszyscy wyłączali swoje ekrany albo pośpiesznie wpisywali jakieś notki. Niektórzy zrzucali lekcje i dane do domowych komputerów. Mała grupka zebrała się przy drukarkach czekając na wydruk czegoś, co chcieli pokazać. Ender rozłożył palce nad dziecięcą klawiaturą w rogu i zastanawiał się, jakby to było, gdyby miał dłonie tak duże, jak dorośli. To musi być głupie uczucie, takie wielkie i niezgrabne ręce, grube, krótkie paluchy i tłuste dłonie. Oczywiście, mają większe klawiatury, ale jak mogą tymi paluchami wykreślić cienką linię? Ender potrafił to robić tak precyzyjnie, że rysował spiralę o siedemdziesięciu dziewięciu zwojach, od środka do brzegu ekranu, a linie ani razu nie krzyżowały się ani nie nakładały. Przynajmniej miał co robić, gdy nauczycielka nudziła o arytmetyce. Arytmetyka! Valentine nauczyła go arytmetyki, kiedy miał trzy lata.
— Lepiej się czujesz, Andrew?
— Tak, psze pani.
— Spóźniasz się na autobus.
Ender kiwnął głową i wstał. Wszyscy już wyszli. Ale na pewno czekają, ci źli. Nie miał już czujnika, widzącego to, co on widział, słyszącego to, co słyszał. Mogli mówić, co tylko chcieli. Mogli go nawet uderzyć — nikt już ich nie zobaczy i nie przyjdzie Enderowi z pomocą. Posiadanie czujnika miało swoje dobre strony, których będzie mu brakowało.
Oczywiście, był tam Stilson. Nie był większy niż reszta dzieci, ale większy od Endera. I miał ze sobą kilku innych. Jak zawsze.
— Cześć, Trzeci.
