Z jej ust wydobył się przeraźliwy krzyk. Cicho osunęła się na podłogę, prosto pod jego nogi. On przyglądał się temu w niemym przerażeniu, aż wreszcie zaczął wołać o pomoc. Miał dopiero szesnaście lat i jeszcze nigdy nie widział z tak bliska ciężarnej kobiety. Dwoje drzwi otworzyło się po drugiej stronie korytarza, a w chwilę później z góry rozległo się człapanie po schodach. Pani Weissman natychmiast zaczęła przykładać Jean zimne kompresy na głowę. Młodzieniec powoli wycofał się, by wreszcie pospiesznie zbiec schodami na dół. Chciał jak najszybciej wydostać się z tego małego, dusznego domu. Jean jęknęła, a pani

Weissman i dwie inne sąsiadki przeniosły ją na kanapę, gdzie ostatnio sypiała. To ta sama kanapa, na której zostało poczęte jej dziecko, na której ona i Andy… Andy… Andy…

Z przykrością zawiadamiamy panią… że mąż pani poległ w służbie dla ojczyzny… zabity podczas akcji na Guadalcanal… podczas akcji… akcji… – jej głowa chwiała się. Nie potrafiła rozpoznać pochylonych nad nią twarzy.

Jean…? Jean… – Wołały ją po imieniu. Na czole czuła coś zimnego. Kobiety patrzyły to na nią, to znów na siebie. Helen Weissman przeczytała telegram i szybko pokazała go pozostałym dwóm.

Jean powoli dochodziła do siebie, z trudem oddychając. Pomogły jej usiąść i zmusiły do wypicia kilku łyków wody. Spojrzała pytającym wzrokiem na panią Weissman i nagle tragiczna wiadomość ponownie ugodziła w nią jak grom. Szloch dusił ją teraz bardziej niż upał, nie mogła już złapać oddechu. Przylgnąwszy kurczowo do starszej kobiety, łkała… on nie żył… tak jak wszyscy… jak Mama i Tata, i Ruthie… już go nie ma… opuścił ją… już go nigdy nie zobaczy… – kwiliła jak małe dziecko. Jej serce przeszył ból, jakiego dotąd nie doznała, nawet po śmierci najbliższej rodziny. – Już dobrze kochanie, już wszystko dobrze… – uspokajały ją, wiedząc że to, co mówią, nie jest prawdą. Nigdy już nie będzie dobrze, teraz, gdy została sama…

Sąsiadki wróciły do swoich mieszkań, a pani Weissman została z Jean.



11 из 356