
Weissman i dwie inne sąsiadki przeniosły ją na kanapę, gdzie ostatnio sypiała. To ta sama kanapa, na której zostało poczęte jej dziecko, na której ona i Andy… Andy… Andy…
Z przykrością zawiadamiamy panią… że mąż pani poległ w służbie dla ojczyzny… zabity podczas akcji na Guadalcanal… podczas akcji… akcji… – jej głowa chwiała się. Nie potrafiła rozpoznać pochylonych nad nią twarzy.
Jean…? Jean… – Wołały ją po imieniu. Na czole czuła coś zimnego. Kobiety patrzyły to na nią, to znów na siebie. Helen Weissman przeczytała telegram i szybko pokazała go pozostałym dwóm.
Jean powoli dochodziła do siebie, z trudem oddychając. Pomogły jej usiąść i zmusiły do wypicia kilku łyków wody. Spojrzała pytającym wzrokiem na panią Weissman i nagle tragiczna wiadomość ponownie ugodziła w nią jak grom. Szloch dusił ją teraz bardziej niż upał, nie mogła już złapać oddechu. Przylgnąwszy kurczowo do starszej kobiety, łkała… on nie żył… tak jak wszyscy… jak Mama i Tata, i Ruthie… już go nie ma… opuścił ją… już go nigdy nie zobaczy… – kwiliła jak małe dziecko. Jej serce przeszył ból, jakiego dotąd nie doznała, nawet po śmierci najbliższej rodziny. – Już dobrze kochanie, już wszystko dobrze… – uspokajały ją, wiedząc że to, co mówią, nie jest prawdą. Nigdy już nie będzie dobrze, teraz, gdy została sama…
Sąsiadki wróciły do swoich mieszkań, a pani Weissman została z Jean.
