
Pierwsze skurcze pojawiły się późnym wieczorem. Jean zaciskając z bólu pięści spacerowała bez przerwy po ciasnym mieszkanku, jakby nagle w ciągu kilku godzin zrobiło się dla niej zbyt małe. Cały jej świat nagle runął w gruzy, nie wiedziała, dokąd pójść i co robić. Nie było nawet ciała, które mogłaby pochować… pozostała tylko pamięć o wysokim, przystojnym, jasnowłosym chłopcu… i dziecko, które nosiła w swoim łonie.
– Dobrze się czujesz? – Na dźwięk głosu sąsiadki, Jean uśmiechnęła się. Helen Weissman mieszkała w tym kraju czterdzieści lat, a nadal mówiła z silnym niemieckim akcentem. Była mądrą i dobroduszną kobietą. Lubiły się z Jean. Sama straciła męża trzydzieści lat temu i nigdy nie wyszła powtórnie za mąż. Miała troje dzieci w Nowym Jorku, które wpadały do niej od czasu do czasu, głównie po to, żeby zostawić wnuki pod jej opieką. Syn mieszkał w Chicago i dobrze mu się powodziło.
– Czujesz bóle? – Dziewczyna przecząco potrząsnęła głową. Jej ciało było odrętwiałe po całym dniu cierpienia i płaczu. Nie wiedziała już, co czuje, po prostu ból, upał i zmęczenie. Wyprostowała plecy, jakby chciała się przeciągnąć.
– Już wszystko dobrze. Niech pani pójdzie się przespać, pani Weissman. – Jej głos był zachrypnięty po całodziennym szlochaniu.
Spojrzała na zegar w kuchni i uświadomiła sobie, że upłynęło już piętnaście godzin, od kiedy dostała telegram z wiadomością o śmierci Andy'ego… Piętnaście godzin, a czuła się jakby minęło piętnaście lat… tysiąc lat…
