Dziesięć minut później usłyszały syreny. To znaczy, usłyszała je Helen, bo Jean półprzytomna zanosiła się od spazmów. Helen Weissman próbowała ją uspokoić. W drodze do New York Hospital Jean wyła z bólu i przywoływała imię Andy'ego.

Wkrótce po przyjeździe do szpitala dziecko przyszło na świat. Pielęgniarki błyskawicznie przewiozły Jean na salę porodową i nie zdążyły jej nawet nic podać, gdy świat powitała gromkim płaczem ponad pięciofuntowa dziewczynka, o kruczoczarnych włosach i mocno zaciśniętych piąstkach. Helen Weissman zobaczyła je godzinę później. Jean po zażyciu leków była wreszcie spokojna, a dziecko błogo drzemało.

Wracając tej nocy do swego mieszkania, Helen Weissman myślała o trudnych latach, jakie czekały Jean Roberts – młodą wdowę, w wieku lat dwudziestu dwóch, samotnie wychowującą dziecko. Dochodząc do domu Helen osuszyła łzy spływające po policzkach. Naziemna kolejka przemknęła z hałasem o czwartej trzydzieści nad ranem. Starsza kobieta zdawała sobie sprawę, jak ogromnego poświęcenia wymaga samodzielne wychowywanie dziecka. Potrzeba było bezgranicznego oddania, ogromnej pasji, by zrobić wszystko dla dziecka, które nigdy nie pozna własnego ojca.

Jean przyjrzała się swemu maleństwu następnego ranka, gdy pielęgniarka przyniosła je po raz pierwszy do karmienia. Patrzyła na maleńką buzię, ciemne, jedwabne włoski, które wytrą się niebawem, jak mówiły pielęgniarki. Czuła instynktownie, że będzie musiała poświęcić wszystko dla tego maleństwa. Nie przerażało jej to jednak. Tego właśnie chciała. Dziecka Andy'ego. To był ostatni prezent od niego. Będzie troszczyła się o nie i zrobi wszystko, by mu zapewnić to, co w życiu najlepsze. Będzie żyła, oddychała, pracowała tylko dla niej. Gotowa jest oddać temu dziecku całą swą duszę.



14 из 356