
Co takiego wielkiego mu zawdzięczamy? To mieszkanie? No i co z tego? Pracujesz przecież, mogłaś bez jego pomocy wynająć takie mieszkanie, mamo.
Ale Jean nie była tego taka pewna. Nie miałaby odwagi odejść od niego właśnie teraz, nie chciałaby stracić pracy w Durning International. Ceniła sobie to, że jest jego „prawą ręką”. Lubiła to mieszkanie, pracę i poczucie bezpieczeństwa, jakie stwarzał… i wreszcie samochód, który wymieniał jej co dwa lata. Dzięki temu z łatwością dojeżdżała do Greenwich. Na początku kupował jej kombi, żeby mogła dowozić i odbierać jego dzieci. Ostatnie dwa były mniejsze, śliczne, małe limuzyny mercedesa. Nie zależało jej tak bardzo na tych prezentach, chodziło o coś więcej, znacznie więcej. Ważne było to, że Artur istniał, był w zasięgu ręki, gdy go potrzebowała. Bałaby się, gdyby to się zmieniło po tylu latach spokojnego życia. Bez względu na to, co mówiła Tana, nie zerwie z nim.
– A co się stanie jak on umrze? – któregoś dnia Tana znowu stała się natarczywa. – Zostaniesz sama, bez pracy, bez niczego. Jeśli cię kocha, dlaczego nie chce się z tobą ożenić, mamo?
– Myślę, że jesteśmy zadowoleni z tego co mamy. Oczy Tany przybrały kolor zimnej zieleni, tak jak oczy Andy'ego, kiedy się ze sobą sprzeczali.
– To nie wystarczy. On zawdzięcza ci o wiele więcej, mamusiu. Dla niego to taki łatwy i wygodny układ.
– Dla mnie też, Tan – nie miała już siły, żeby się z nią kłócić tego wieczora. – Nie muszę znosić niczyich kaprysów i przyzwyczajeń. Robię to, na co mam ochotę. Po prostu żyję po swojemu. A kiedy zechcę, zabiera mnie do Paryża, Londynu czy L.A. Nie jest tak źle, jak myślisz.
Obie wiedziały, że to stwierdzenie nie było całkiem prawdziwe, ale na zmiany byłoby już za późno. Obie wierzyły w swoje racje.
