
Dziewczynka przechodziła z sali do sali, ze świątyni do świątyni. W jednym miejscu kładziono jej sól na język; w innym klęczała twarzą ku zachodowi, gdy obcinano jej włosy i namaszczano olejkiem i octem winnym; w jeszcze innym leżała twarzą w dół na płycie z czarnego marmuru, a za ołtarzem przenikliwe głosy wyśpiewywały modlitwę za zmarłych. Przez cały dzień nie jadła nic i nie piła — ani ona, ani żadna z kapłanek.
Kiedy zapłonęła gwiazda wieczorna, dziewczynkę położono do łoża — nagą, okrytą owczymi skórami, w komnacie, gdzie nie była nigdy dotąd, w budynku, który przez całe lata stał zamknięty i dopiero dziś go otworzono. Bardzo wysoka komnata nie miała okien, a w powietrzu unosił się stęchły zapach. Tam, w ciemności, pozostawiły ją milczące kobiety.
Nie poruszała się. Z szeroko otwartymi oczami leżała w pozycji, w jakiej ułożyły ją kapłanki. Trwała tak bardzo długo.
Potem zobaczyła światło: nikły odblask na ścianie. Ktoś nadchodził cicho korytarzem. Osłaniał świecę, by dawała nie więcej blasku niż świetlik.
— Hej, Tenar, jesteś tam? — usłyszała ochrypły szept. Milczała.
Do wnętrza komnaty wsunęła się jakaś głowa — bezwłosa, o barwie żółtawej jak obrany ziemniak. Maleńkie brązowe oczy także przypominały oczka ziemniaka. Nos zdawał się karłowaty przy wielkich płaskich policzkach, usta przypominały pozbawioną warg szczelinę. Dziewczynka wpatrywała się w tę twarz wielkimi ciemnymi oczami.
— Więc jesteś, Tenar, mała pszczółko! — Głos był szorstki i wysoki, jakby kobiecy, lecz nie należał do kobiety. — Nie powinienem tu przychodzić, moje miejsce jest za drzwiami, na ganku; właśnie tam idę. Ale musiałem zobaczyć, jak się czuje moja mała Tenar po tym długim, ciężkim dniu. Tak, tak, jak tam moja biedna, mała pszczółka?
Bezszelestnie ruszył w jej stronę wyciągając rękę, jakby chciał ją pogłaskać.
— Nie jestem już Tenar — powiedziała dziewczynka patrząc wprost na niego.
