
– Gdybym to ja miała poświęcić jeden z wolnych wieczorów, bawiłabym się na całego – dodała.
W ostatnich dwóch słowach pobrzmiewała groźna nuta. Spojrzałam na nią.
– Chyba nie zamierzasz urżnąć się w sztok?
– Może. – Uśmiechnęła się filuternie.
Catherine wiedziała, że nie aprobuję, a raczej nie rozumiem sensu upijania się. Nie lubię tracić nad sobą kontroli. Wolę nad sobą panować. To znacznie bezpieczniejsze.
Wysiadłyśmy z mojego samochodu na parkingu dwie przecznice od celu. Parking był otoczony parkanem z kutego żelaza. Nad rzeką nie było wiele miejsc do parkowania. Wąskie ceglane drogi i stare chodniki zostały zaprojektowane dla koni, nie dla aut. Ulica była jeszcze mokra po gwałtownej letniej burzy, która przeszła, gdy jadłyśmy kolację. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy; wyglądały jak brylanty rozsypane na aksamicie.
– Pospieszcie się, ślamazary – ponaglała Monica.
Catherine spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. A potem pobiegła za Monicą.
– Och, na miłość boską – wymamrotałam pod nosem. Może gdybym wypiła do kolacji parę drinków, też bym pobiegła, chociaż szczerze wątpię.
– Nie psuj nam zabawy – zawołała do mnie Catherine. – Przestań się ociągać.
Ja się ociągam? Coś podobnego. Dogoniłam je marszowym krokiem. Monica chichotała. W gruncie rzeczy spodziewałam się tego. Catherine i ona opierały się o siebie nawzajem i śmiały się. Podejrzewam, że śmiały się ze mnie.
Monica uspokoiła się na tyle, by udawanym złowieszczym, teatralnym szeptem zapytać:
– Czy wiesz, co zaczyna się za tym rogiem?
Wiedziałam. Nie dalej niż cztery przecznice stąd miało miejsce ostatnie z zabójstw, którego ofiarą był wampir. Znajdowałyśmy się w Dystrykcie, jak obszar ten powszechnie nazywały wampiry. Ludzie nazywali go Nabrzeżem albo Krwawym Placem, w zależności od tego, czy starali się być mili, czy nie.
