
Jack poczuł się znacznie swobodniej, gdy wyszły.
– Dobre chociaż to – powiedział do Alexa, kiedy schodzili potem po schodach – że babcia nie zorganizowała rano rodzinnego zebrania, by ogłosić przygotowania do bożonarodzeniowego przedstawienia i rozdzielić role. Przynajmniej tego nam oszczędzono, Alex.
– Cii – syknął wicehrabia stanowczo. – Nawet o tym nie wspominaj. A nawet nie myśl. Jeśli babcia spróbuje nakłonić nas do spędzenia następnego tygodnia na próbach tylko po to, by mieć zabawę, nikt nie powstrzyma mnie przed morderstwem. I to najbardziej bestialskim.
– Rzecz w tym – zauważył Jack – że jeżeli już coś postanowiła, to wiesz tak samo dobrze jak ona, że nie wywiniemy się z tego. Ale nie planuje wystawienia sztuki, prawda?
– Nie wymawiaj tych słów – powtórzył kuzyn groźnie. – Taka myśl w ogóle nie powinna zaświtać ci w głowie. Lecz przynajmniej jedna rzecz jej się udała. Panna Beckford to śliczna i urocza młoda dama. Cieszysz się?
Jack spojrzał na niego z ukosa.
– A ty się cieszyłeś? – zapytał. – To znaczy wtedy, gdy chodziło o ciebie?
– Właściwie tak – odrzekł Alex. – Wydawało mi się, że nikogo nie pragnę bardziej niż Lorraine. Gdyby nie ta śnieżyca, z powodu której musiałem ożenić się z Anne, poślubiłbym ją i uważałbym się za szczęśliwego człowieka.
– Ale nie żałujesz, że sprawy potoczyły się inaczej? -zapytał Jack.
– Skądże znowu – odparł Alex. – Ale babcia ma dobrą rękę. Panna Beckford to wspaniały prezent dla ciebie.
– Tak – westchnął Jack. – Mimo to czuję się tak, jakbym miał wykraść dziecko z kołyski, Alex. Cóż, chyba nie muszę ci mówić, o co mi chodzi, nieprawdaż?
– Przyzwyczaisz się. To tylko kwestia czasu – stwierdził kuzyn. – Czy Hortense odeszła od stołu podczas śniadania z tego powodu, który mam na myśli?
– Tak. Najwyraźniej ona i Zeb nie marnowali ostatnio czasu – powiedział Jack. – I wydaje mi się, że dwojaczki są w naszej rodzinie czymś tak normalnym, jak u innych narodziny jednego dziecka. Biedna Hortie!
