
– Jesteśmy prawie na miejscu, kochanie – zabrzmiał obok niego głos matki. – Mam nadzieję, że nie grozi nam już żadne z niebezpieczeństw, jakie czyhają po drodze na podróżnych.
– Jesteśmy bezpieczni. – Pogładził jej dłoń. – Ale i tak bym cię obronił.
Ale czy sam był bezpieczny? I kto mógłby go bronić?
Ciekaw był – musiał to uczciwe przyznać – jakąż to dziewczynę czy kobietę uznała księżna za odpowiednią dla niego. Bez wątpienia było to jakieś młode dziewczę, w wieku siedemnastu albo osiemnastu lat. Babka bowiem źle wyrażała się o niezamężnych kobietach, które ukończyły już dziewiętnasty rok życia, a nawet traktowała je trochę nieufnie, jakby podejrzewała u nich jakieś ukryte wady, mogące zniechęcić obiecujących młodzieńców do małżeństwa. Przez chwilę Jack z pewnym upodobaniem myślał o młodych dziewczynach. Ale tylko przez chwilę. Z każdym rokiem młode panny wydawały mu się coraz mniej pociągające. Niewątpliwie jednak ta, o którą teraz chodzi, jest ładna i pełna wdzięku. Babka na pewno nie wybrałaby dla niego jakiejś maszkary, nawet gdyby ta miała najbardziej kuszący posag. Ponieważ w głębi duszy babcia była trochę romantyczką. A właściwie nawet nie trochę – gdyż ciągle, w wieku siedemdziesięciu kilku lat i po pięćdziesięciu latach małżeństwa, nadal była wręcz nieprzyzwoicie zakochana w dziadku.
Powóz znowu ostro skręcił, wjechał na brukowany taras przed wielkimi dwuskrzydłowymi drzwiami wiodącymi do hallu Portland House i wreszcie zatrzymał się z szarpnięciem. Jack zaczekał, aż służący otworzą przed nim drzwi i przystawią stopnie, i dopiero wtedy zeskoczył na ziemię, podając dłoń matce i pomagając jej wysiąść. Za nim otwarły się drzwi do hallu. Za chwilę babka zejdzie po schodach, by ich powitać. Zawsze osobiście witała gości, zanim jeszcze zdążyli przekroczyć progi jej domostwa.
