
Jack spoważniał, wziął ją za ręce i jedną z nich podniósł do ust.
– A więc mama mówiła prawdę? – zapytał.
– Tak – odrzekła spojrzawszy w dół na wysoki stan swej eleganckiej sukni. – Dziękuję niebiosom za obecną modę. Mam nadzieję, że niczego nie będzie widać jeszcze przez miesiąc albo dwa. Gdybym tylko nie miała co rano tych okropnych nudności. Zajrzałeś już do bliźniąt?
– Do bliźniąt? – Zmarszczył czoło. – Czy sądzisz, że po przyjeździe od razu pobiegłem do dziecinnego pokoju, Hortie? Notabene, tego roku muszą tam być całe tabuny dzieci.
Zaśmiała się znowu.
– Naszej rodzinie nie brakuje potomków, prawda? -zauważyła. – Niebawem i ty poczujesz wolę bożą, Jack.
– Nigdy! – powiedział gwałtownie, mając nadzieję, że się nie zaczerwienił. Na myśl, że miałby mieć dziecko, zawsze robiło mu się słabo.
– Tak, tak. – Uśmiechnęła się ponownie, widząc jego przerażenie. – Babcia jest despotką, Jack, ale robi to z dobrego serca. To ona wydała mnie za Zęba, jak dobrze pamiętasz, i ciągle, po trzech latach, jestem z tego bardzo zadowolona. Wiesz, bliźniaki stęskniły się już za wujem Jackiem.
Kiedy ostatnio widział się z nimi, bliźnięta, siostrzeniczka i siostrzeniec w wieku dwóch lat, mające energię sześcioraczków, powaliły go jakimś sposobem na podłogę, wlazły na niego i piszcząc skakały po nim, a przynajmniej jedno z nich zsiusiało mu się na spodnie. Jack skrzywił się na to wspomnienie.
– Niech mnie kule biją, jeśli to nie Jack! – Z fotela przy kominku dał się słyszeć głos, którego nie sposób było nie rozpoznać. – Przywitaj się z wujkiem, Bobbie.
Był to oczywiście Freddie, rozpromieniony i dość tęgi – od czasu małżeństwa sporo utył – kłujący w oczy jak zwykle niegustowną jaskrawą kamizelką. Poczciwy Fred musiał chyba objeżdżać cały glob, żeby wynajdywać materiały o tak niesamowitych kolorach. Można by oczekiwać, że Ruby, której rozsądek rekompensował brak urody, powściągnie takie przejawy złego gustu, ona jednak stanowczo nie chciała niczego mężowi narzucać.
