Ona zawsze przykładała ręce do ust, gdy była zdenerwowana, i mimo starań nigdy nie umiała zrobić dostatecznie surowej miny.

On uwielbiał, jak Victoria marszczy usta, gdy się czymś niepokoi. Lubił ją za to, że zawsze ma na uwadze cudze potrzeby, a także za to, że umie sprytnie mu dokuczyć, gdy za bardzo zadziera nosa.

Ona uwielbiała, jak on zaczesuje ręką włosy do góry, gdy jest rozdrażniony. Lubiła, gdy zatrzymuje się nagle, żeby podziwiać dzikie kwiaty, i gdy czasami próbuje się wywyższać ponad nią tylko po to, żeby sprawdzić, czy ją zirytuje.

Wspólne mieli wszystko, a jednocześnie nie mieli wspólnego nic.

Poznawali nawzajem swoje dusze, zwierzali się z tajemnic i myśli, których nigdy wcześniej nie umieli wyrazić.

– Ciągle wypatruję swojej mamy – powiedziała kiedyś Victoria.

Robert spojrzał zdziwiony.

– Co takiego?

– Jak umarła, miałam czternaście lat. A ty ile miałeś, jak umarła twoja?

– Siedem. Umarła przy porodzie.

Twarz Victorii stała się jeszcze łagodniejsza niż zwykle.

– Tak mi przykro. Prawie wcale jej nie poznałeś. I do tego straciłeś braciszka albo siostrzyczkę.

– Siostrę. Mama jeszcze zdążyła jej nadać imię: Anne.

– Tak mi przykro.

Uśmiechnął się w zadumie.

– Pamiętam, jak mnie przytulała. Ojciec zawsze mówił, że mnie rozpieszcza, ale ona nie słuchała.

– Lekarz stwierdził, że moja mama chorowała na raka. – Victoria czuła ściskanie w gardle. – Wiele wycierpiała przed śmiercią. Mam nadzieję, że zaznała spokoju tam na górze. – Wskazała ręką niebo. – Tam, gdzie nie ma już cierpień.

Poruszony do głębi Robert wziął ją za rękę.

– Czasami bardzo jej potrzebuję – mówiła. – Ciekawe, czy człowiek kiedykolwiek przestaje potrzebować rodziców. Rozmawiam więc z nią i rozglądam się za nią.

– Jak to?

– Myślisz, że zwariowałam.



14 из 227