
– Ale…
– Ani na krok! – zawołał za siebie, biegnąc ku leśnej ścieżce.
– Robert! – zaprotestowała Victoria, zupełnie zapominając, jak powinna zwracać się do nowego znajomego.
– Zaraz wracam!
Wyciągnęła szyję i próbowała wypatrzyć, co robi. Wbiegł między drzewa i widziała tylko, że się pochyla. Spojrzała na dłoń. Niemal zaskoczyło ją, że jego pocałunek nie pozostawił czerwonego śladu jak po oparzeniu.
Czuła, że ten pocałunek przeniknął jej całe ciało.
– Proszę bardzo. – Robert wyłonił się z lasu i złożył ceremonialny ukłon. W prawej ręce trzymał bukiecik dzikich fiołków. – To dla mojej damy.
– Dziękuję – wyszeptała Victoria, czując łzy napływające do oczu. Była niewiarygodnie wzruszona i miała wrażenie, że ten mężczyzna posiada dość sił, aby poprowadzić ją przez świat – nawet przez wszechświat.
Wręczył jej kwiatki, jednego zatrzymując w dłoni.
– Właśnie dlatego ich nazrywałem – szepnął, wsuwając jej ostatni kwiatek za ucho. – O tak, teraz wyglądasz idealnie. Victoria patrzyła na bukiecik, który trzymała w dłoni.
– Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. Robert spojrzał na nią.
– Ani ja.
– Bosko pachną. – Pochyliła głowę i pociągnęła nosem. – Uwielbiam zapach kwiatów. W domu, tuż pod moim oknem, rośnie wiciokrzew.
– Naprawdę? – spytał z roztargnieniem i chciał dotknąć jej twarzy, ale w porę się powstrzymał. Była taka niewinna, że w żaden sposób nie chciał jej urazić.
– Dziękuję – powiedziała, podnosząc wzrok. Robert gwałtownie wstał.
– Proszę się nie ruszać! Ani na krok.
– Znowu? – zawołała, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Dokąd pan idzie?
Uśmiechnął się.
– Poszukać portrecisty.
– Kogo?
– Chcę uwiecznić ten moment na zawsze.
– O, pan to… – powiedziała Victoria. Gdy wstawała, nie mogła powstrzymać śmiechu.
– Robert – poprawił ją.
– Robert. – Był to bardzo nieformalny zwrot, ale bez trudu przeszedł jej przez gardło. – Jesteś taki zabawny. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się uśmiałam.
