
Pochylił się i znów pocałował jej dłoń.
– O rety – zawołała, spoglądając na niebo. – Późno już. Jeśli tato zacznie mnie szukać i znajdzie mnie sam na sam z tobą…
– Najwyżej zmusi nas do małżeństwa – przerwał jej z rozmarzonym uśmiechem.
Uniosła oczy.
– Prędzej wyśle cię za granicę.
Pochylił się i delikatnym pocałunkiem musnął jej usta.
– Ciii. Ożenię się z tobą. Już postanowiłem. Rozchyliła wargi ze zdziwienia.
– Chyba oszalałeś.
Cofnął się i spojrzał na nią z miną wyrażającą coś pomiędzy zdumieniem i rozbawieniem.
– Prawdę mówiąc, Victorio, chyba jeszcze nigdy nie byłem rozsądniejszy niż w tej chwili.
Victoria pchnęła drzwi domku, w którym mieszkała z ojcem i młodszą siostrą.
– Tato! – zawołała. – Przepraszam, że tak późno. Zwiedzałam okolicę. Jeszcze tak wielu miejsc nie widziałam.
Wsunęła głowę do gabinetu ojca. Siedział za biurkiem i ciężko pracował nad nowym kazaniem. Machnął ręką, dając do zrozumienia, że nic się nie stało i nie powinna mu przeszkadzać. Po cichu się wycofała.
Poszła do kuchni zająć się przygotowywaniem posiłku. Gotowała kolację na zmianę z siostrą, a tego dnia przypadała jej kolej. Posmakowała potrawki wołowej, którą wcześniej wstawiła do piecyka, dosoliła, a potem usiadła na krześle.
On chce się z nią ożenić.
To na pewno sen. Robert jest lordem. Lordem!!! A kiedyś zostanie markizem. Mężczyźni z takimi tytułami nie żenią się z córkami pastorów.
Ale przecież ją pocałował. Dotknęła ust i wcale się nie zdziwiła, że drżą jej ręce. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że ten pocałunek był dla niego równie ważny jak dla niej. Mimo wszystko Robert był kilka lat starszy. I na pewno całował się już z wieloma kobietami.
Rysując palcem kółka i serca na stole, z rozmarzeniem odtwarzała w myślach cale popołudnie. Robert. Robert. Bezgłośnie wymówiła jego imię, a potem napisała je palcem na stole. Robert Phillip Arthur Kemble. Po kolei wymieniła wszystkie imiona.
