Patrzyli na zawieszoną nad nimi Ziemię, gigantyczny, lśniący pomarańczowo-niebiesko-białymi plamami balon. Widoczna półkula jaśniała w słonecznym blasku; kontynenty przysłonięte chmurami, pomarańczowe pustynie poprzecinane cienkimi liniami zieleni. Niebieskie morza ostro kontrastowały z otaczającą glob czernią kosmosu. W czystej czerni dookoła planety świeciły gwiazdy.

Obserwatorzy czekali cierpliwie.

Półkula dzienna nie była tą, na którą oczekiwali. Polarna czapa, oślepiająco jasna, przesunęła się ku dołowi. Statek, niezauważalnie przyspieszając, opuszczał płaszczyznę ekliptyki. Powoli wpełznął na planetę cień nocy i wielka wyspa Afryki i Eurazji majestatycznie zajęła miejsce na scenie, północną stroną „w dół”.

Jej chore, martwe ziemie ukrywały swoją grozę pod nocnym płaszczem z klejnotów. Radioaktywne gleby lśniły opalizującym błękitem, w miejscach gdzie niegdyś spadły bomby atomowe ozdobionym girlandami rozbłysków. Działo się to o całe pokolenie wcześniej, nim wynaleziono pola siłowe, które chroniły przed wybuchami nuklearnymi, aby żaden inny świat nigdy już nie Popełnił samobójstwa w ten sposób.

Oczy spoglądały tak długo, aż po upływie wielu godzin Ziemia zmieniła się w jasną połówkę monety pośród nieskończonej czerni.


Wśród widzów był Biron Farrill. Pogrążony w zadumie siedział w pierwszym rzędzie, trzymając ręce na oparciach. Nie tak spodziewał się opuścić Ziemię. Nie w ten sposób, nie tym statkiem, nie w tym kierunku.

Opalonym przedramieniem potarł zarost na podbródku. Zrobiło mu się głupio, że nie ogolił się rano. Za chwilę wróci do kabiny i naprawi to zaniedbanie, ale teraz nie miał ochoty wychodzić. Tutaj byli ludzie. W kabinie byłby sam.



20 из 208