
A może właśnie dlatego powinien wyjść?
Zdecydowanie nie odpowiadało mu to nowe, nie znane dotąd doświadczenie: czuć się ściganym i zostać bez przyjaciół.
Przyjaciół utracił, gdy niecałe dwadzieścia cztery godziny temu w jego pokoju zadźwięczał telefon.
Nawet w akademiku był w kłopotliwej sytuacji. Gdy tylko wrócił ze świetlicy po rozmowie z Jontim, rzucił się na niego stary Esbak.
— Szukałem pana, panie Farrill — zwrócił się do niego piskliwym ze wzburzenia głosem. — To naprawdę niefortunny incydent. Nie rozumiem, jak do tego doszło. Czy może mi pan to wyjaśnić?
— Nie — prawie krzyknął. — Nie mam pojęcia. Kiedy będę mógł wejść do pokoju i zabrać swoje rzeczy!
— Rano, z pewnością rano. Właśnie sprowadziliśmy sprzęt, żeby zbadać całe pomieszczenie. Poziom radioaktywności nie przekracza już normy. Szczęśliwie zdołał pan uciec. Dosłownie w ostatniej chwili.
— Tak, tak, ale, jeśli pan pozwoli, chciałbym teraz odpocząć.
— Proszę skorzystać z mojego pokoju. Rano przeniesiemy pana na te kilka dni, które pan u nas spędzi. Aha, panie Farrill, za pozwoleniem, jest jeszcze jedna sprawa — dodał z przesadną grzecznością.
— Jaka sprawa? — spytał Biron zmęczonym głosem.
— Czy zna pan kogoś, komu zależałoby na, hmm, pozbyciu się pana?
— W taki sposób? Oczywiście, że nie.
— Co pan zamierza? Władze uczelni wolałyby, rzecz jasna, uniknąć podawania do wiadomości publicznej tego wypadku.
Uparcie nazywał to „wypadkiem”! Biron powiedział sucho:
— Rozumiem pana. Ale proszę się nie denerwować. Nie zamierzam wzywać policji ani wszczynać śledztwa. Wkrótce opuszczam Ziemię i nie chciałbym, aby ta sprawa wpłynęła na moje plany. Nie wnoszę żadnej skargi. W końcu przecież żyję.
Esbak okazywał niestosowne w tej sytuacji zadowolenie. To było wszystko, czego pragnął. Żadnych nieprzyjemności. Po prostu wypadek, o którym należy zapomnieć.
