
Cały czas uporczywie unikał myślenia o ojcu. To jeszcze pogorszyłoby sprawę.
Panie Malaine.
Nazwisko zostało powtórzone dwa czy trzy razy, zanim Biron zareagował na delikatne dotknięcie czyjejś ręki i uniósł wzrok.
Robot powtórzył:
— Panie Malaine.
Biron przez pięć sekund patrzył bezmyślnie, zanim uświadomi sobie, że jest to jego nowe nazwisko. Zostało zapisane ołówkiem na bilecie, który otrzymał od Jontiego. Kabina była zarezerwowana na to właśnie nazwisko.
— Tak. O co chodzi? Jestem Malaine.
Głos z taśmy, w miarę odwijania się szpuli, przekazywał wiadomość:
— Polecono mi poinformować pana, że otrzymał pan inną kabinę i pański bagaż jest już przeniesiony. Ochmistrz da panu nowy klucz. Mamy nadzieję, że nie przysporzy to panu zbytnich niedogodności.
— O co tu chodzi? — Biron odwrócił się w swoim fotelu i kilku pasażerów, wciąż jeszcze oglądających panoramę, popatrzyło w ich stronę. — Co to za pomysł?
Oczywiście kłótnia z maszyną nie miała sensu. Robot po prostu spełniał wydane mu polecenia. Teraz skłonił z szacunkiem swoją metalową głowę, widoczna na jego twarzy imitacja ludzkiego uśmiechu nie zmieniła się ani na jotę, i oddalił się.
Biron wyszedł z sali widokowej i zaczepił stojącego przy drzwiach stewarda, nieco ostrzej, niż zamierzał.
— Słuchaj, chcę się widzieć z kapitanem. Ten nie okazał zaskoczenia.
— Czy to ważne, proszę pana?
— Na przestrzeń, tak. Bez mojej zgody zamieniono mi kabinę na inną i chciałbym wiedzieć, co to ma znaczyć.
Nawet w tej chwili Biron czuł, że jego gniew jest niewspółmierny do przyczyny, ale odzwierciedlał całe napięcie ostatnich dni. Ledwo uszedł śmierci; został zmuszony do opuszczenia Ziemi jak ukrywający się kryminalista; jechał nie wiadomo dokąd, nie miał pojęcia, co robić, a teraz jeszcze zmuszają go do włóczęgi po pokładzie. Tego już było za wiele.
