
— Jesteśmy Rasą Naukową — oznajmił Joseph. — Ja jestem Joseph; to są moi ludzie.
Zatoczył ręką po sali. Foyle spojrzał półprzytomnie na uśmiechnięty tłum otaczający jego nosze. Wszystkie twarze wytatuowane były w diabelskie maski. Nad każdą brwią było imię.
— Jak długo dryfowałeś? — spytał Joseph.
— Vorga — wymamrotał Foyle.
— Jesteś pierwszym od pięćdziesięciu lat, który przybył do nas żywy. Jesteś człowiekiem potężnym. Bardzo potężnym. Przybycie najodpowiedniejszego jest doktryną Świętego Darwina. Najnaukowszą doktryną.
— W Stos Prop! — zaryczał tłum.
Joseph ujął Foyla za łokieć w sposób, w jaki czyni to lekarz mierzący puls. Jego diabelskie usta liczyły uroczyście do dziewięćdziesięciu ośmiu.
— Twój puls dziewięćdziesiąt osiem przecinek sześć — oznajmił wreszcie, wyciągając termometr i wstrząsając go z namaszczeniem. — Najnaukowiej.
Wypuszczając kłąb dymu dał znak ręką. Przed Foylem pojawiły się trzy dziewczyny. Ich wytatuowane twarze były szkaradne. Przez brew każdej biegło imię: JOAN, MOIRA i POLLY. Litera „O” w każdym imieniu miała u dołu malutki krzyżyk.
— Wybieraj — powiedział Joseph. — Ludzie Naukowi praktykują Naturalną Selekcję. Bądź w swym wyborze naukowy. Bądź genetyczny.
Foyle zemdlał znowu i jego ręka zsunąwszy się z noszy dotknęła Moiry.
— W Stos Prop!
* * *
Znajdował się w okrągłej sali przykrytej kopułą. Salę wypełniała pordzewiała, antyczna aparatura: centryfuga, stół operacyjny, zdezelowany fluoroskop, autoklawy, futerały ze skorodowanymi narzędziami chirurgicznymi.
