Majaczącego i mówiącego coś bez ładu i składu Foyla przypasano do stołu operacyjnego. Nakarmiono go. Ogolono i umyto. Dwóch mężczyzn zaczęło ręcznie obracać starożytną centryfugę. Pobrzękiwała rytmicznie, co przypominało walenie w bęben wojenny. Zebrani zaczęli przestępować z nogi na nogę i nucić.

— Nadaję ci imię Nomad! — zaintonował Joseph.

Wrzawa stała się ogłuszająca. Joseph przechylił nad ciałem Foyla zardzewiałą puszkę. Zaleciało eterem.

Foyle stracił resztkę świadomości i spowiła go ciemność. Raz po raz wynurzała się z niej „Vorga T:1339” przyspieszając na wiodącym przez krew i umysł Foyla kursie ku Słońcu. Nie mógł powstrzymać niemego krzyku o pomstę.

Był ledwo świadom mycia, karmienia, tupania i śpiewnego zawodzenia. Kiedy się w końcu ocknął, leżał w łóżku. U jego boku spoczywała dziewczyna imieniem Moira.

— Coś ty za jedna? — wycharczał Foyle.

— To ja, twoja żona, Nomadzie.

— Że kto?

— Twoja żona. Wybrałeś mnie, Nomadzie. Jesteśmy małżeństwem.

— Że co?

— Jesteśmy naukowo skojarzeni — odparła dumnie Moira. Podciągnęła rękaw nocnej koszuli i pokazała mu swoje ramie. Było zeszpecone czterema paskudnymi szramami. — Zostałam zaszczepiona czymś starym, czymś nowym, czymś pożyczonym i czymś roztrwonionym.

Foyle zwlókł się z łóżka.

— Gdzie jesteśmy?

— W naszym domu.

— W jakim domu?

— W twoim. Jesteś jednym z nas, Nomadzie. Musisz żenić się co miesiąc i płodzić dużo dzieci. To będzie naukowo. Ale ja jestem pierwsza.

Foyle pominął to milczeniem i badał pomieszczenia. Znajdował się w głównej kabinie szalupy rakietowej z początku dwudziestego czwartego wieku… kiedyś chyba prywatnego jachtu. Kabinę główną przerobiono na sypialnię.

Słaniając się na nogach podszedł do iluminatora i wyjrzał na zewnątrz.



21 из 238