
Myślał.
Wrócił na rufę do kuchni i rozmontował piecyk. Podłączył zbiorniki paliwa na powrót do komór spalania silników odrzutowych. Moira dreptała za nim, przyglądając się ciekawie jego krzątaninie.
— Co robisz, Nomadzie?
— Musze stąd pryskać, mała — mruknął Foyle. — Mam porachunki ze statkiem o nazwie „Vorga”, kapujesz mała? Zamierzam wyrwać stąd na tej łodzi, kurczę.
Moira cofnęła się przestraszona. Foyle dostrzegł wyraz paniki w jej oczach i doskoczył do niej. Po tym wszystkim, przez co ostatnio przeszedł był tak niezdarny, że łatwo mu się wymknęła. Otworzyła usta i wydała przeszywający wrzask. W tym samym momencie szalupę wypełnił ogłuszający hałas; to Joseph i jego diablolicy Ludzie Naukowi bębnili w metalowy kadłub, odprawiając uświęcony tradycją rytuał naukowej kociej muzyki na cześć młodej pary.
Moira wrzeszczała i wymykała się ścigającemu ją cierpliwie Foylowi. Dopadł ją wreszcie w kącie, zdarł z niej nocną koszule i za jej pomocą związał i zakneblował dziewczynę. Moira robiła wystarczająco dużo hałasu, aby rozwalić na kawałki asteroid, ale naukowa kocia muzyka była głośniejsza.
Foyle skończył prowizoryczne łatanie maszynowni: był teraz niemal ekspertem. Podniósł wyrywającą się Moirę z podłogi i zaciągnął ją do luku głównego.
— Odjeżdżam — wrzasnął jej do ucha. — Startuję. Wyrywam z asteroidu. Cholerna katastrofa. Może wszyscy zginą, kurczę. Wszystko w drobny mak. Nie będzie już powietrza. Nie będzie już asteroidu. Idź im powiedz. Ostrzeż ich. No idź, mała.
