
Co za trzepnięty półbóg, pomyślał Conway. O’Mara naprawdę dba, żebym się nie nudził.
— Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy — odezwał się — to że ten umysł, którego aktywność pan wyczuwa, odciął się w jakiś sposób od narządów zmysłów. Nie ma to bezpośredniego związku z chorobą pacjenta, pozostaje więc podłoże psychiczne. Trzeba nam zatem pomocy psychiatry. Niemniej, ponieważ wszelkie choroby somatyczne zawsze tylko utrudniają psychoterapię, proponuję, abyśmy najpierw zajęli się tymi zmianami skórnymi…
Patologia szybko opracowała środek przeciwko trapiącemu EPLH epithelioma, który miał być odpowiedni do jego metabolizmu i nie wywoływać skutków ubocznych. Conway w parę minut obliczył dawki i zaraz wstrzyknął pierwszą. Prilicla zbliżył się doń, aby obserwować przebieg leczenia. Obaj wiedzieli, że w takich wypadkach poprawa powinna nastąpić nie za kilka dni czy godzin, ale w ciągu paru chwil.
Jednak minęło dziesięć minut i nic się nie zmieniało.
— Twarda sztuka — mruknął Conway i wstrzyknął maksymalną bezpieczną dawkę.
Niemal natychmiast sucha, popękana skóra pociemniała wokół miejsca iniekcji i stała się jędrna. Ciemny obszar powiększał się w oczach, aż w końcu jedna macka drgnęła lekko.
— I jak? — spytał Conway, patrząc na Priliclę.
— W zasadzie tak samo jak przedtem. Tyle że wyczuwam narastającą obawę wywołaną ostatnim zastrzykiem… Teraz próbuje podjąć jakąś decyzję…
Nagle Prilicla zadrżał silnie, co oznaczać mogło tylko jedno — odebrał nagły wzrost emanacji emocjonalnej pacjenta. Conway otwierał już usta, aby spytać o szczegóły, gdy nagle głośny trzask sprawił, że spojrzał znów na EPLH, który zaczął się szamotać w podtrzymującej go uprzęży. Dwa zapięcia już puściły i chory zdołał uwolnić jedną kończynę. Właśnie tę z maczugą…
