
— Co, nie chciał pan strzelać, żeby mnie nie trafić? — wykrztusił w końcu Conway.
— Nie, doktorze — odparł Kontroler, kręcąc głową. — Jestem dobrym strzelcem. Mógłbym zrobić co trzeba, nawet pana nie drasnąwszy. Ale ten cholernik wołał ciągle o pomoc i jakoś dziwnie się poczułem…
ROZDZIAŁ TRZECI
Ze dwadzieścia minut później, gdy Prilicla odesłał już porucznika na opatrzenie złamanego barku, a potem wraz z Conwayem założył pacjentowi nową, mocniejszą uprząż, zauważyli obaj, że ciemna plama na skórze EPLH zniknęła. Jego stan powrócił do wyjściowego. Zastrzyk pomógł tylko chwilowo, co było nad wyraz dziwne i w zasadzie nie powinno się zdarzyć.
Odkąd Prilicla zrobił użytek ze swoich telepatycznych zdolności, Conway był już praktycznie pewien, że powody dziwnego stanu chorego tkwią głęboko w jego psychice. Wiedział, że zaburzenia umysłowe mogą czasem poważnie zaszkodzić całemu organizmowi, jednak zmiany skórne były typowym problemem somatycznym, a leczenie zaproponowane przez patologię oddziaływało bezpośrednio na tkankę skóry i na nic więcej. Żadne moce umysłu, nieważne jak zaburzonego, nie powinny mieć na nie wpływu. Koniec końców pewne prawa obowiązywały tak samo w całym wszechświecie.
Jak dotąd Conwayowi przyszły do głowy tylko dwa prawdopodobne wyjaśnienia. Albo ta istota naprawdę była bogiem i omijała uniwersalne prawa, które sama zapewne ustanowiła, albo dziwnym zbiegiem okoliczności dochodziło po prostu do błyskawicznego nawrotu choroby. Conway skłonny był postawić na drugą hipotezę, jako że pierwsza nazbyt wybiegała w obszary, w które wolałby się nie zapuszczać. Naprawdę nie zależało mu na obcowaniu z aż tak dostojnym pacjentem…
Niemniej opuściwszy izolatkę, złożył wizytę w biurze kapitana Brysona, kapelana Korpusu, i na wszelki wypadek skorzystał z jego wiedzy fachowej.
