
Gdy wrócił wreszcie do siebie, znalazł na biurku gruby prawie na pięć centymetrów plik papierów i jęknął. Normalnie czekałoby go teraz sześć godzin czasu wolnego, który najchętniej spędziłby z niewiarygodnie piękną pielęgniarką Murchison, z którą od pewnego czasu dość regularnie się spotykał. Niestety, Murchison pracowała na oddziale położniczym FGLI i jeszcze przez dwa tygodnie nie mieli mieć przerwy w tym samym czasie.
Chwilowo może to nawet i lepiej, pomyślał Conway i zasiadł do długiej lektury.
Kontrolerzy, którzy badali statek obcego, nie potrafili dokładnie przeliczyć jego jednostek czasu na ziemskie lata, ale ustalili ponad wszelką wątpliwość, że wiele części dziennika zostało sporządzonych bardzo dawno, co najmniej dwadzieścia wieków temu, albo i wcześniej. Conway zaczął od najstarszych. Szybko stwierdził, że zapiski nie przypominają typowego dziennika. Wtręty osobiste były stosunkowo rzadkie, a większość informacji miała charakter techniczny. Niewiele z tego rozumiał. Dopiero samo zakończenie, które odnosiło się do domniemanego morderstwa, okazało się dramatyczne. „'Mam dość tego lekarza”, zaczynał się ostatni wpis. „'Zabija mnie. Muszę coś zrobić. Zły to lekarz, który pozwala mi chorować. Muszę się go jakoś pozbyć…”
Conway odłożył ostatnią kartkę, westchnął i przyjął pozycję bardziej sprzyjającą twórczemu myśleniu, to jest odchyliwszy się na fotelu, złożył nogi na biurku i praktycznie siadł na własnym karku.
