
Ale pasztet, pomyślał.
Niemniej teraz miał już wszystkie albo prawie wszystkie elementy układanki i musiał tylko poumieszczać je we właściwych miejscach. Po pierwsze, stan pacjenta: na razie nie aż taki poważny, przynajmniej jak na normy przyjęte w tym szpitalu, ale stanowiący zagrożenie dla życia, jeśli nie podejmie się leczenia. Po drugie: zapewnienia obu Ian, jakoby ta rasa była równa bogom i żądna władzy, ale zasadniczo skłonna czynić dobro. Po trzecie: towarzyszące samotnym półbogom istoty, zawsze innego gatunku. Musiały zmieniać się co pewien czas, gdyż w odróżnieniu od EPLH starzały się i umierały. Na koniec miał też dwie opinie patologów. Pierwszą, pisemny raport dostarczony mu jeszcze przed lunchem, i drugą, którą usłyszał od Thornnastora, naczelnego Diagnostyka patologii, istoty klasy FGLI. Po badaniach doszedł on do wniosku, że pacjent najpewniej nie jest jednak nieśmiertelny, a opinia naczelnego Diagnostyka, nawet wygłoszona w trybie przypuszczającym, nie podlegała dyskusji. Niemniej… jakkolwiek nieśmiertelność z rozmaitych przyczyn fizjologicznych rzeczywiście należało wykluczyć, testy wykazały, że tkanki obcego cechuje fenomenalna wręcz żywotność i zdolność do kompleksowej regeneracji.
No i było jeszcze to, co Prilicla wyczuł podczas próby leczenia schorzenia skóry. Najpierw dość łagodne zagubienie, bezradność i lęk, a po drugim zastrzyku czyste szaleństwo. Jak stwierdził Prilicla, emocje pacjenta były tak silne, że omal nie wypaliły mu mózgu. Z tego też powodu nie potrafił odtworzyć dokładnie, co właściwie wyczuł. Nastawiony był na odbiór subtelnych sygnałów i nagły skok natężenia wręcz go ogłuszył. Zgadzał się jednak, że mogą to być zaburzenia o charakterze schizoidalnym.
Conway rozsiadł się jeszcze wygodniej, zamknął oczy i zaczął zestawiać znane mu fakty.
Wszystko musiało zacząć się na planecie, na której istoty EPLH stały się dominującą formą życia. Z czasem stworzyły cywilizację znającą i loty kosmiczne, i zaawansowaną medycynę.
