
Wzruszyła ramionami. Był to śliczny gest.
— Na początku nigdy nie rozmawiamy o cenie — oznajmiła. — Może być znacznie wyższa niż to, co gotów jesteś zapłacić. Wówczas odszedłbyś i oboje bylibyśmy biedniejsi. Najpierw porozmawiajmy o towarze.
Dunstan zawahał się. W tym momencie obok kramu przemknął dżentelmen w czarnym jedwabnym cylindrze.
— Proszę — mruknął w stronę Dunstana. — Spłaciłem dług i jesteśmy kwita.
Dunstan potrząsnął głową, jakby próbował ocknąć się z dziwnego snu, i odwrócił się do młodej damy.
— Skąd pochodzą te kwiaty? — spytał. Uśmiechnęła się tajemniczo.
— Na zboczu góry Calamon wyrasta szklanych kwiatów łan. Powrócić stamtąd trudniej jeszcze niżeli cało dotrzeć tam.
— A do czego właściwe służą? — spytał Dunstan.
— Kwiaty te pełnią głównie funkcję dekoracyjną i rozrywkową. Dają radość. Można je podarować ukochanej osobie, jako znak uczucia, a dźwięk, który z siebie wydają, cieszy uszy. Poza tym przepięknie odbijają światło. — Uniosła dzwoneczek i Dunstan mimo woli pomyślał, że promień słońca załamujący się w fioletowym krysztale nie dorównuje blaskiem i odcieniem barwie jej oczu.
— Rozumiem — rzekł.
— Wykorzystuje się je też w pewnych zaklęciach czarnej i białej magii. Jeśli jesteś panie magiem…?
Dunstan pokręcił głową. Nie mógł nie dostrzec, że w młodej kobiecie jest coś niezwykłego.
— Ach tak. Mimo wszystko to prześliczne kwiaty — rzekła i uśmiechnęła się ponownie.
Owym czymś niezwykłym był cienki srebrny łańcuch opasujący jej przegub, zbiegający do kostki i znikający w malowanym wozie.
Dunstan wspomniał coś o nim.
— Łańcuch? Więzi mnie tutaj. Jestem osobistą niewolnicą czarownicy, do której należy kram. Schwytała mnie wiele lat temu, gdy bawiłam się przy wodospadzie, w kraju mojego ojca, wysoko w górach. Zwabiła mnie, przyjmując postać ślicznej żabki, która zawsze wymykała mi się z rąk, póki nie opuściłam ziemi ojca. Wtedy powróciła do swej prawdziwej postaci i wsadziła mnie do worka.
