— I zawsze będziesz jej niewolnicą?

— Nie zawsze. — Dziewczyna z magicznego ludu uśmiechnęła się. — Odzyskam wolność w dniu, gdy księżyc straci córkę, jeśli wydarzy się to w tygodniu, w którym połączą się dwa poniedziałki. Czekam cierpliwie na ów dzień, a na razie robię to, co mi każe. A także marzę. Czy teraz kupisz ode mnie kwiat, młody panie?

— Nazywam się Dunstan.

— To solidne imię — odparła z drwiącym uśmieszkiem. — Gdzie twe kleszcze, panie Dunstanie? Czy chwycisz nimi diabła za czubek nosa?

— A ty? Jak się nazywasz? — spytał Dunstan, rumieniąc się.

— Nie mam już imienia. Jestem niewolnicą. Odebrano mi imię. Odpowiadam na „hej, ty!” albo na „dziewczyno!”, „głupia dziewko!” i wiele innych złorzeczeń.

Dunstan dostrzegł, jak jedwabista materia szaty ciasno opina postać dziewczyny. Był boleśnie świadom wdzięcznych krzywizn jej ciała i wpatrzonych w siebie fiołkowych oczu. Przełknął ślinę.

Wsunął dłoń do kieszeni i wyciągnął chustkę. Nie mógł | już patrzeć na tę kobietę. Wysypał pieniądze na ladę.

— Weź dość, bym mógł kupić ten kwiat — rzekł, podnosząc śnieżnobiały przebiśnieg.

— Przy tym kramie nie przyjmujemy pieniędzy. — Odepchnęła monety.

— Nie? Co zatem weźmiesz? — Z każdą chwilą denerwował się coraz bardziej. Pragnął już tylko kupić kwiat dla… dla Daisy, Daisy Hempstock… kupić kwiatek i odejść, bo tak naprawdę w obecności owej młodej damy czuł się coraz bardziej niezręcznie.

— Mogłabym zabrać kolor twoich włosów — odparła. — Albo wszystkie wspomnienia z czasów, nim skończyłeś trzy lata. Mogłabym odebrać ci słuch z lewego ucha — niecały, lecz dość dużo, byś nie mógł zachwycać się muzyką, szmerem rzeki, świstem wiatru.

Dunstan pokręcił głową.

— Albo mógłbyś mnie pocałować. Tylko raz. Tu, w policzek.



15 из 165