
Kiedy wrócił na jarmark, przekonał się, że panuje tam szalone zamieszanie. Tu popisywały się tresowane szczeniaki, tam żonglerzy, ówdzie tańczące zwierzęta. Odbywała się licytacja koni, a wszędzie wokół oferowano wszelkie możliwe towary, na sprzedaż bądź wymianę. Później, o zmroku, pojawili się inni ludzie. Obwoływacz zaczął wykrzykiwać wieści, tak jak współczesne gazety krzyczą do nas nagłówkami: „Władca Twierdzy Burz powalony tajemniczą chorobą!”, „Wzgórze Ognia przeniosło się do warowni Deny!”, „Giermek jedynego dziedzica Garamondu został zamieniony w chrząkającego świniaka”. Za monetę obwoływacz wyjaśniał, co znaczą owe słowa.
Słońce zaszło. Na niebie pojawił się wielki wiosenny księżyc. Powiał chłodny wietrzyk. Handlarze wycofali się ; do swych namiotów, kusząc gości szeptanymi obietnicami i i zachętami uczestniczenia w niezliczonych cudach za bardzo przystępną cenę.
A kiedy księżyc zniżył się nad horyzontem, Dunstan] Thorn przeszedł cicho brukowanymi ulicami wioski Mur. Minął wielu wesołych biesiadników — gości i miejscowych — choć jego dostrzegli tylko nieliczni.
Prześlizgnął się przez otwór w murze — a był to gruby l mur — i zastanowił się nagle, jak kiedyś jego ojciec, co by się stało, gdyby wspiął się nań i po prostu ruszył naprzód.
A kiedy owej nocy znalazł się na łące, po raz pierwszy w życiu zapragnął pójść przed siebie, przejść przez! strumień i zniknąć wśród drzew po drugiej stronie. Myśl ta wprawiła go w nagłe zakłopotanie, niczym przybycie nieproszonych gości. Kiedy jednak dotarł do celu, odepchnął owe myśli, niczym człowiek, który przepraszaj gości i odchodzi, mamrocząc coś o tym, że jest z kimśl umówiony.
Księżyc zachodził.
