
Dunstan uniósł dłonie do ust i zahukał. Nikt nie odpowiedział. Niebo nad jego głową było ciemne — może niebieskie, fioletowe, lecz nie czarne. Płonęło na nim więcej gwiazd, niż potrafił ogarnąć jego umysł.
Zahukał ponownie.
— To hukanie — powiedziała mu wprost do ucha — zupełnie nie przypomina sówki. Głos śnieżnej sowy? Może. Może nawet puszczyka. Gdybym zatkała sobie uszy gałązkami, mogłabym uznać, że słyszę puchacza. Ale nie sówkę.
Dunstan wzruszył ramionami i uśmiechnął się głupio. Magiczna dziewczyna usiadła obok niego. Jej bliskość go oszałamiała. Wdychał jej zapach, czuł ją przez pory skóry. Pochyliła się ku niemu.
— Czy sądzisz, że rzuciłam na ciebie czar, piękny Dunstanie?
— Nie wiem.
Zaśmiała się i ów dźwięk przypominał szmer krystalicznego górskiego potoku, z bulgotem spływającego po kamieniach.
— Nie rzuciłam na ciebie zaklęcia, mój śliczny chłopcze. — Położyła się na trawie, patrząc w niebo. — Twoje gwiazdy — rzekła. — Jak wyglądają?
Dunstan położył się obok niej na zimnej łące i popatrzył w górę. Niewątpliwie gwiazdy wyglądały jakoś inaczej. Może miały w sobie dziś więcej barwy, bo lśniły na niebie niczym maleńkie klejnoty; może coś było nie tak z liczbą najmniejszych gwiazd, gwiazdozbiorów. W każdym razie kryło się w nich coś dziwnego i cudownego, ale też…
Leżeli obok siebie, wciąż patrząc w niebo.
— Czego pragniesz w życiu? — spytała magiczna dziewczyna.
— Nie wiem — przyznał. — Chyba ciebie.
— Ja pragnę wolności.
Dunstan ujął w dłoń srebrny łańcuszek, biegnący od jej przegubu do kostki i niknący w trawie. Szarpnął go. Był mocniejszy, niż się wydawał.
— Wykuto go z kociego oddechu, rybich łusek i światła księżyca, pomieszanych ze srebrem — poinformowała go dziewczyna. — Nie da się go zerwać, póki nie wypełnią się warunki zaklęcia.
— Ach tak. — Opuścił rękę.
