
Tego właśnie kociaka podarowano Tristranowi w ramach zadośćuczynienia za nieobecność na jarmarku. Wyrosła z niego błękitna kotka o najmilszym usposobieniu na świecie. Pewnego wieczoru jednak zaczęła niecierpliwie krążyć po domu, miauczeć gardłowo i błyskać oczami barwy fioletoworóżowej naparstnicy. A kiedy ojciec Tristrana wrócił do domu z pola, kot miauknął donośnie, śmignął za drzwi i zniknął w mroku.
Strażnicy przy murze pilnowali przejścia przed ludźmi, nie przed kotami, i Tristran, który miał wówczas dwanaście lat, nigdy więcej nie zobaczył swojej ulubienicy. Przez jakiś czas był niepocieszony. Którejś nocy w jego sypialni zjawił się ojciec, usiadł na łóżku i powiedział szorstko:
— Po drugiej stronie twoja kotka będzie szczęśliwsza. Jest teraz wśród swoich. Nie martw się, mały.
Matka w ogóle nie poruszała tego tematu, ale też zwykle prawie się do niego nie odzywała. Czasami Tristran, unosząc wzrok, dostrzegał, jak się w niego wpatruje, zupełnie jakby próbowała wydobyć z jego twarzy ukryty sekret.
Natomiast jego siostra Louisa nie dawała mu spokoju, gdy rankiem szli razem do wiejskiej szkółki. Dręczyła go też o inne rzeczy, na przykład kształt jego uszu (prawe ucho mocno przylegało do głowy i było niemal spiczaste, lewe nie) i niemądre rzeczy, jakie zdarzyło mu się powiedzieć. Kiedyś, gdy wracali ze szkoły, zauważył, że małe obłoczki, białe i puchate, wiszące tuż nad horyzontem o zachodzie słońca, to owieczki. Nieważne, iż później wyjaśniał, że po prostu przypominały mu owce, że było w nich coś puchatego i owczego. Louisa naśmiewała się, drwiła i szydziła jak mały potwór. Co gorsza, opowiedziała o wszystkim innym dzieciom, namawiając je, by beczały cicho, gdy tylko Tristran będzie przechodził obok nich. Louisa była urodzoną prowodyrką i robiła ze swoim bratem co chciała.
