
Starszy wdowiec, który zamyślał wziąć sobie młodą gospodarną żonę, zrezygnował ze swych zamiarów, usłyszawszy opowieść o strzelbie.
W czasie trudnych lat dorastania, kiedy Marit z dziecka stawała się dojrzałą kobietą, jej duszę i ciało dręczył niepokój. Może spodobał jej się któryś z chłopców, może z żalem patrzyła, jak odchodzą?
Później nie przyszedł już żaden inny.
Ojciec żył jeszcze przez dwadzieścia lat po wyjeździe dzieci do Ameryki.
Przez ostatnie lata przed śmiercią nie ruszał się z łóżka, stawał się coraz bardziej wymagający i skłonny do irytacji. Na domiar złego atakowała go skleroza.
Marit od dziesiątego roku życia sama zajmowała się niedużym gospodarstwem. Z początku jakoś szło, ale kiedy ojciec wymagał opieki na okrągło przez całą dobę, nie mogła już wywiązywać się z obowiązków wobec dworu. Za każdym razem, gdy musiała dotknąć ojca, chwytały ją mdłości, tak bardzo go nienawidziła. Musiała zbierać wszystkie siły, by się przemóc i go oporządzić. Czasami zastanawiała się, czy ta nienawiść nie jest wzajemna. Cieplejszych uczuć ojciec nie żywił względem żadnego ze swych dzieci, nie miał ich dla nikogo oprócz siebie, ale musiał chyba wyczuwać jej niechęć, choć starała się przemawiać do niego łagodnie i spokojnie. Spojrzenia, jakie jej posyłał, kiedy go przebierała lub zmieniała pościel, były pełne złości. Uwielbiał też wydawać jej polecenia, rozkazywać, by robiła dla niego to lub tamto, tylko po to, by napawać się swoją władzą i by ją dręczyć. Dziewczyna uciekała wtedy na podwórze, zaciskając pięści i czując, jak płacz dusi ją w gardle.
Dwa razy w miesiącu zjawiał się wysłannik ze dworu, by zabrać masło, sery czy inne produkty. Marit oczywiście nic za to nie dostawała, bo przecież w ten sposób opłacała komorne! A kiedy zabrakło jej czasu na zbieranie siana, warzenie serów, czy inne gospodarskie zajęcia, dworscy ludzie wyrównywali sobie dług, zabierając kolejno wszystkie zwierzęta.
