Nadszedł dzień, kiedy Marit i jej ojciec nie mieli już z czego żyć. Dziewczyna musiała od czasu do czasu wykraść z dnia godzinę i wybrać się w długą, mozolną drogę do sąsiadów, by żebrać u nich o odrobinę mleka lub o stary chleb.

Dziedzic od dawna już groził, że wyrzuci ich z Grodziska.

Śmierć ojca oznaczała zmianę w jej monotonnym życiu, ale było już jakby za późno. Za późno na wszystko. Nieustanna złość ojca wyryła w duszy Marit bolesną ranę, rysy jej twarzy świadczyły o zmęczeniu, głodzie i wiecznej rezygnacji.

W dodatku wisiała nad nią groźba wyrzucenia z domu.

Żyła tak samotnie, że w końcu zaczęła bać się ludzi. Nie wiedziała, dokąd pójdzie, jeśli odebrane jej zostanie to jedyne miejsce, jakie miała na ziemi.

Na pogrzeb przyszło niewiele osób, kilkoro sąsiadów, ot, i wszystko.

Marit napisała list do rodzeństwa w Ameryce, w którym powiadomiła, że ojciec zmarł, a jej nie będzie już wolno mieszkać dłużej w Grodzisku. Czy ktoś z braci i sióstr mógłby przysłać jej choć trochę pieniędzy? Kupiłaby za nie jakieś ubranie i poszukałaby nowego miejsca. Będzie starać się o jakąś pracę. Poza tym przez ostatnie dwa lata nie czuła się najlepiej, chyba powinna pójść do doktora. A może mogłaby przyjechać do nich?

Żadna odpowiedź nie nadeszła.

Marit zwlekała jak tylko się dało, nie opuszczała domu, czekając na list. Nie miała od czego zacząć swego nowego życia. Wszystko, co na Grodzisku przedstawiało jakąkolwiek wartość, musiała stopniowo sprzedać. Teraz żyła resztkami jęczmienia, które udało jej się zmieść z klepiska w stodole, zmrożonymi borówkami z lasu i wodą ze źródła.

Podczas pogrzebu sąsiedzi poszeptywali: „Marit z Grodziska naprawdę wygląda na chorą. A taka z niej właściwie była ładna dziewczyna!” „Tak, tak, ale teraz, kiedy ten straszny człowiek już nie żyje, na pewno będzie jej lepiej.” „Sza, nie wolno źle mówić o zmarłych!”



6 из 185