
Jaskariemu zrobiło się trochę żal dziewczyny, postanowił iść na kompromis. Berengaria musiała schować bujne ciemne włosy pod czepkiem pielęgniarki, a twarz osłonić sterylną maską. Prosty, zielony szpitalny fartuch skutecznie ukrywał ponętne kształty.
Byle tylko nikt nie wziął mnie za pielęgniarkę i nie wcisnął mi do ręki strzykawki czy basenu, pomyślała podenerwowana Berengaria. Przecież ja nie mam żadnych kwalifikacji medycznych!
Zerknęła na swoje odbicie w lustrze. O rety, nawet rodzona matka by mnie teraz nie poznała, stwierdziła w duchu.
Weszli do pokoju chorego.
Czuję to. Zdejmują z mojej głowy kolejne warstwy bandaży.
Serce wali mi tak mocno, że to wręcz boli.
Znów przywiązali mi ręce i nogi, tym razem do krzesła, na którym siedzę. „Jesteś taki nieobliczalny, Misza, nie możesz usiedzieć spokojnie, bez przerwy tylko wymachujesz rękami”.
Mówili, że teraz stanie się coś niezwykłego, lecz bali się obiecywać za dużo, żebym się przypadkiem nie rozczarował.
A czym miałbym się rozczarować?
Och, nie mogę oddychać spokojnie. Muszę nabrać tchu. Cały się trzęsę.
Berengaria jest tutaj, słyszałem jej głos. Tak bardzo go lubię, dźwięczy w nim tyle radości życia. Ale ktoś ją uciszył. Rodzice też tu są i kilku lekarzy, wśród nich Jaskari. No i wszystkie te miłe pielęgniarki. Doskonale potrafię rozpoznawać głosy.
– Zaraz się przekonamy, Misza. Już niedługo skończymy.
To powiedział Jaskari, dobrze go już znam. Ten lekarz jest moim przyjacielem.
Jak tu jasno, skąd to się wzięło? Znam różnicę między ciemnością a jasnością, w moim pokoju w domu było ciemno, w pokoju rodziców jasno.
Ale tak jasno jak teraz nie było nigdy. Owszem, raz, wtedy gdy Marco zrobił coś, od czego rozbolały mnie oczy. Tak, bo mam teraz oczy, tak przynajmniej mówili.
Nie wiem, czy Marco tu jest, nie słyszałem jego głosu.
