
– Hej, Tolitoto, Tolitoto to tamulat – wyjaśniła swojemu „konikowi”.
– Co na miłość boską…? – zaczęła Elena.
Indra znajdująca się tuż obok wyjaśniła z uśmiechem:
– Kata powiedziała, że Yorimoto to samuraj.
– No tak, to przecież było słychać wyraźnie – roześmiała się Elena.
Yorimoto również wzbudzał w niej pewne obawy, a to dlatego, że nie miała okazji bliżej go poznać. Nie bądź takim tchórzem, Eleno, upominała się surowo, musisz przecież wreszcie kiedyś z tym skończyć!
Gdzieś wśród tłumu mignęła jej Berengaria, spostrzegła też, że i wzrok Miszy kieruje się w jej stronę. Serce zasznurowało jej się w piersi. Och, byle znów nie było żadnych historii z Berengaria! Niech i mnie będzie wolno kogoś przy sobie utrzymać!
Zaraz w następnej chwili pożałowała takich myśli. Kuzynka wyglądała na bardzo osamotnioną. Ona, radująca się każdą chwilą życia Berengaria, która zawsze dostawała wszystko, czego tylko zapragnęła? Ta pustka w jej oczach, skąd ona się wzięła? Jakieś przerażające poczucie opuszczenia…
Elenę ogarnęła niemal ochota, by podejść do dziewczyny, uściskać ją i zapewnić, że przecież ma przyjaciół, a Elena jest właśnie jednym z nich. Nie zdołała się jednak przecisnąć w jej kierunku, a Berengaria nawet nie zerknęła w ich stronę, wzrok miała wbity w przestrzeń, patrzyła gdzieś daleko przed siebie, może zaglądała we własne myśli?
Tak było aż do chwili, gdy rozległ się okrzyk Gwiazdeczki „Hej, Bengalia!” Drgnęła wtedy i zaraz twarz jej się rozjaśniła.
Elena słyszała okrzyki zdumienia wszystkich, którzy już byli na schodach, a gdy sama wyszła…
– Ach, co to ma znaczyć? – jęknęła, ale Misza, rzecz jasna, nie potrafił jej niczego wyjaśnić.
Przed pałacem czekały trzy najzupełniej obce i niezwykle eleganckie gondole. Długie, smukłe, połyskujące złotem.
Marco stanął tuż przy niej.
– Wydaje mi się, że mamy do nich wsiąść – rzekł bezdźwięcznie.
